Zgodnie z unijną dyrektywą już w przyszłym roku w polskich firmach mogą się pojawić tzw. rady pracowników. Pracodawca będzie musiał je informować i konsultować z nimi większość decyzji dotyczących przedsiębiorstwa. Nie jest to nowy pomysł - pierwsze takie rady powoływano w Republice Weimarskiej już 85 lat temu - ale wciąż wzbudzający wiele kontrowersji. Wspomnianą unijną dyrektywę negatywnie zaopiniowały zarówno europejskie organizacje pracodawców, jak i związki zawodowe. Bardzo podobnie jest z opracowanym przez ministerstwo gospodarki projektem ustawy powołującej rady. Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan napisała w swej opinii nt. projektu, że zasadniczo ogranicza on swobodę pracodawców. Także szefostwo "Solidarności" negatywnie oceniło ministerialną propozycję. Za jej podstawowy mankament uznano powołanie odrębnego przedstawicielstwa pracowników, które wkraczałoby w dotychczasowe uprawnienia związków zawodowych.

- Ta ustawa może być szansą dla Polski - uważa tymczasem prof. Stanisław Rudolf z Instytutu Ekonomii Uniwersytetu Łódzkiego. Jego zdaniem dzięki obecności rad pracowników - co potwierdzają liczne badania - następuje poprawa wyników ekonomicznych firm. Chodzi o to, że pracownicy znacznie bardziej integrują się z przedsiębiorstwem, w którym pracują, a pracodawca może w kryzysowych momentach liczyć na pomoc załogi. Przede wszystkim jednak w firmach zapadają lepsze decyzje, ponieważ w ich podejmowanie zaangażowanych jest więcej osób - oprócz menedżerów także przedstawiciele załogi. Często też pracownicy zgłaszają własne pomysły.

W opinii prof. Rudolfa dziś wzrost gospodarczy w coraz mniejszym stopniu zależy od kapitału finansowego, a w coraz większym od kapitału intelektualnego. - W Europie jeszcze tego tak nie widać, ale w Ameryce już tak - mówi. Dlatego też, jego zdaniem, Polska wprowadzając przepisy o radach pracowniczych może znacznie przyspieszyć swój rozwój gospodarczy.