W przeszłości iluzje biznesowe przybierały różne postacie: kompanii handlowych, poszukiwaczy złota, obiecujących finansowe perpetuum mobile dotcomów i związanych z tymi deklaracjami wizjami projektów, które łudziły wizją posłania na emeryturę staruszki matematyki... Ta zaś z bratnią logiką trzymają się nieźle, gorzej tymczasem ma się wielu tych, którzy uwierzyli w slogany finansowej lewitacji.
Nową falę propagandowej lewitacji finansowej obserwujemy w przypadku tzw. tanich linii lotniczych. W skrócie, odwołując się do analogii matematycznych, chodziło o udowodnienie nierówności, w której bilet lotniczy oferowany przez nowe firmy, mógł być nie tylko tańszy od działających w stylu "de mode" tradycyjnych, "starych" linii lotniczych, ale także autobusów i pociągów. Sam koncept, mimo pewnych niedogodności, był wystarczająco kuszący dla mas klientów. A skoro była szansa na pozyskanie masowego klienta, to pojawiała się chęć zarabiania. Zarabianie na lataniu, zwłaszcza tym tzw. tanim, to jednak sport dla twardzieli z dostępem do cierpliwej kasy. Innowacyjność nie powinna ograniczać się do wiary w finansową lewitację. Bo ta, w obecnych warunkach grawitacyjnych, kończy się boleśnie.
Jak tłumaczą niektórzy, wszystkiemu winna jest ostra konkurencja. Ten semantyczny wytrych ma jednak istotną wadę - konkurencja, i to ostra, jest cechą całego wolnego rynku. Myślę więc, że faktycznym problemem jest jednak brak wystarczająco dużego kapitału na start.
Paradoksalnie, tanie latanie to nadal wielki kawał tortu. I to słodszy tym bardziej, im więcej nowych firm wykrwawia się nie wychodząc poza okres dziecięcy. Ale żeby do miodu się dobrać, trzeba mieć pieniądze na przetrwanie walki i własną działkę na rynku. Tak jak kiedyś, m.in. dzięki postępowi technologicznemu i zwiększaniu skali, lotnictwo wyszło z fazy romantycznej rozrywki dla bogatych, tak teraz również w naszej części świata ma szansę stać się doświadczeniem masowym. Ale zamiast tworzenia zupełnie nowych bytów, ewolucja linii lotniczych może przybierać formę odchudzania i głębokich zmian w tradycyjnych liniach. Opiewany w poematach faktycznie robiący wrażenie sukces Ryanair wynika zapewne w dużej mierze z premii za pierwszeństwo. Premii, którą potrafił zamienić w pozycję zagrażającą pozycji "staruchów" i zaplecza finansowego, niezbędnego do zagarniania kolejnych porcji rynku.
W apogeum internetowej histerii bałamucono rynek szacunkami, wyceniającymi projekty internetowe wedle stawek dyskontujących (bardzo) przyszłe przychody iluś tam dolarów za "usera" (użytkownika). O wartości takiego podejścia przekonać się można było w następnych latach, po załamaniu internetowej bonanzy. Co przecież nie znaczy, że internet przestał działać. Co więcej, zrobił olbrzymie postępy, czego przejawem jest wykorzystanie sieci właśnie przez tzw. tanich przewoźników lotniczych. Ale podobnie jak wspomniane dotcomy, także tanie latanie nie może bazować na abstrakcyjnym założeniu, że - w imię zwiększania liczby pasażerów - można wozić ich po Europie za przysłowiowego dolara.