Istniała kiedyś - rozpowszechniona wśród publiki - wersja naszej ofensywnej doktryny obronnej (w czym nie ma sprzeczności: wszak najlepszą obroną jest atak - o czym wiedzieli już doskonale stratedzy Układu Warszawskiego). Otóż doktryna ta zakładała, że najlepsze dla naszego kraju byłoby wypowiedzenie wojny Stanom Zjednoczonym i natychmiastowe poddanie się. Niestety, nikt z tego pomysłu nie skorzystał. Piszę niestety, bo - jako że nigdy w Ameryce nie byłem - jestem USAfilem (czyt. usafilem) bezkrytycznym.
Efekty podobnej doktryny, choć niepotrzebnie chyba zakładającej jednak agresję, a potem stawianie oporu przez jakiś czas - widać przecież gołym okiem, w Niemczech i Japonii. Pozazdrościć.
Wojna jednak, nawet w sferze słów, nie jest dziś - wyjąwszy obszary roponośne - w modzie. Ale gdyby tak zmodyfikować strategię i zastosować ją do równie zaciekłych, choć mniej krwawych potyczek... Gdyby tak poddać się - niczym Jukos - amerykańskiemu prawu?
Sąd w Houston zgodził się rozpatrzyć wniosek koncernu o upadłość, a w przetargu, na którym wystawiono na sprzedaż aktywa spółki, zakazał udziału m.in. Gazpromowi (i Gazprom, przynajmniej bezpośrednio, w licytacji udziału nie wziął...).
My moglibyśmy osiągnąć daleko większe korzyści, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. Bo pomyślmy: Niemcy występują z roszczeniami za utracone na Śląsku i Pomorzu nieruchomości, a my im w odpowiedzi pozew o reparacje wojenne. I niech się toczy sprawa przed amerykańskim sędzią - najlepiej z nowojorskiego Bronxu lub Queens. Dodajmy do tego roszczenia o wyrównanie strat moralnych. Tu nie chodziłoby o marne miliony baksów z powodu poślizgnięcia się na skórce od banana, ani o nadwagę z powodu hamburgerów. Tu żartów by nie było.