Na międzynarodowy rynek naftowy powróciła w połowie zeszłego tygodnia zwyżka notowań. Złożyło się na to kilka przyczyn. Najpierw zaniepokojenie wywołały wypowiedzi przedstawicieli Iranu i Kataru, potwierdzające gotowość ograniczenia o 1 mln baryłek dziennie wydobycia ropy przez OPEC, zresztą zgodnie z podjętą w grudniu decyzją. Tymczasem fala ataków terrorystycznych poważnie utrudniła eksport tego surowca przez Irak.

Kolejnym impulsem do wzrostu notowań były sztormy na Morzu Północnym, które zmusiły towarzystwa naftowe Royal Dutch/Shell Group i Statoil do wstrzymania dostaw z części platform wydobywczych. W efekcie napływ ropy z tego regionu zmalał o 140 tys. baryłek dziennie, nie licząc unieruchomionych od listopada mocy wydobywczych, wynoszących 205 tys. baryłek.

Na początku bieżącego tygodnia uczestnicy przyjęli z niepokojem prognozy meteorologiczne, zapowiadające wyraźne ochłodzenie w północnowschodniej części USA. Oznacza ono bowiem zwiększony popyt na olej opałowy przy ograniczonych zapasach tego paliwa. Z końcem zeszłego roku były one w tym kraju o 8,5% mniejsze od średniej z minionych pięciu lat. Spodziewany wzrost zapotrzebowania, przy zredukowanych dostawach, może utrudnić odbudowę tych rezerw.

W Londynie gatunek Brent z dostawą w lutym kosztował wczoraj po południu 43,57 USD za baryłkę w porównaniu z 43,12 USD w końcu sesji wtorkowej i 40,51 USD w poprzednią środę.