W tym roku triumfatorzy singlowych rozgrywek w Australian Open zabiorą do domu równowartość 900 tys. dolarów amerykańskich, czyli 75% więcej niż trafiło do kieszeni zwycięzców turnieju przed trzema laty. Wartość nagród wyrażona w dolarach australijskich (w lokalnej walucie są wypłacane od kilkunastu lat) od 2002 r. zwiększyła się jednak tylko o 20%. Reszta to zasługa umacniania się australijskiego pieniądza.
Lindsay Davenport, obecnie pierwsza rakieta w kobiecym tenisie, wspomina, jak w 2000 r. czekała wiele miesięcy, zanim zdecydowała się spieniężyć czek otrzymany w Melbourne za zwycięstwo. - Pamiętam, jak przywiozłam go do domu i kurs walutowy był naprawdę zły - wspomina Davenport, cytowana przez agencję Bloomberga. - Myślisz - to przecież nie jest te pół miliona dolarów, które wygrałaś, prawda? Różnica była znaczna - dodaje.
Drogi australijski dolar cieszy zawodników startujących w turnieju, ale z drugiej strony spędza sen z powiek jego organizatorom. W wypadku większości kontraktów telewizyjnych i sponsorskich - stanowiących podstawowe źródła ich wpływów - obowiązującą walutą jest bowiem dolar amerykański. Jego osłabienie oznacza, że wpływy muszą być mniejsze.
Inaczej jest z wydatkami. Firma Tennis Australia, organizator turnieju w Melbourne, przyznała, że w tym roku najprawdopodobniej będzie musiała sięgnąć do rezerw, żeby pokryć koszty. - Organizatorzy są w trudnym położeniu, gdyż rozliczając wynajem obiektów i inne tego typu wydatki, operują w dolarach australijskich - mówi Paul Smith, dyrektor zarządzający agencji Repucom z Sydney, pośredniczącej w negocjacjach umów sponsorskich.
W ciągu minionych pięciu lat Australian Open przyciągnęło ponad pół miliona widzów, w tym wielu z zagranicy, a dzięki imprezie gospodarka Australii wzbogaciła się o 180 mln dolarów australijskich. Zatem oczywiste wydaje się pytanie, jak na drogą walutę reagują kibice. - Większość naszych klientów się tym nie przejmuje - deklaruje Anne O?Neill z firmy Steve Frugal International Tennis Tours w San Francisco, organizującej Amerykanom wyjazdy na turnieje Wielkiego Szlema, w tym do Melbourne. - Po prostu chcą tam być. Gdyby kurs wynosił jeden do jednego, wtedy może zaczęlibyśmy się martwić.