Na giełdy za Atlantykiem padł strach, że amerykańska gospodarka nie będzie się rozwijać dostatecznie szybko, żeby tamtejsze korporacje mogły w dalszym ciągu osiągać satysfakcjonujące akcjonariuszy zyski. Obawy te mogą znaleźć potwierdzenie w publikowanych w tym tygodniu danych makroekonomicznych. Już kilka wcześniejszych raportów, z których dowiedzieliśmy się o spadku cen (CPI - 0,1%) w grudniu, obniżeniu aktywności w przemyśle i niższym zaufaniu konsumentów, stanowiło ostrzeżenie. Część inwestorów potraktowała te ostrzeżenia bardzo poważnie i zdecydowała się na sprzedaż akcji. Ponieważ chętnych do kupna było zdecydowanie mniej, amerykańskie indeksy zakończyły poprzedni tydzień na wyjątkowo niskich poziomach. Nasdaq Composite miał w piątek najniższą wartość od ponad dwóch miesięcy. Najgorsze obawy posiadaczy akcji, że zwrot w końcu zeszłego roku ma charakter średnioterminowy, znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Przy czym nie wydaje się, że uważany za psychologiczną barierę poziom 2 tys. punktów mógł tutaj stanowić jakieś wsparcie. Bardzo istotne wsparcie stanowi za to wzrostowa linia trendu, biorąca początek w 2002 roku, która znajduje się w okolicach 1900 punktów.

Trend krótkoterminowy zmienił się na spadkowy także na wykresie S&P 500. Również ten indeks zanotował dwumiesięczne minimum. Zbudowana na wykresie głowa z ramionami sugeruje, że wykres może znaleźć się poniżej kluczowego wsparcia na 1160 pkt i długoterminowej linii trendu wzrostowego (początek - marzec 2003 roku).

Spadek notowań w USA niekorzystnie odbija się poziomie kursów na niektórych rynkach wschodzących. M.in. głowa z ramionami zbudowana została na wykresie Bovespy, w trendzie zniżkującym znajduje się także chiński Hang Seng. Europa, przede wszystkim ze względu na słabnące euro i oczekiwane w związku z tym rekordowe zyski eksporterów, przecenę po drugiej stronie Atlanyku przyjmowała dotychczas z dużym spokojem. Jednak istotny spadek DAX przed dwoma tygodnia ostrzega, że postrzeganie sytuacji europejskich rynków akcji może się zmienić.