Opłaty za zarządzanie w funduszach luksemburskich są wyraźnie niższe niż w polskich. Przykładowo, standardowa stawka w funduszu Citigroup (który wszedł do Polski) wynosi 1,5%, a w "krajowym" CitiAkcji (zarządza nim TFI Banku Handlowego) jest to 3,5%. Belgijska grupa KBC w funduszu obligacji, który może być sprzedawany na naszym rynku, pobiera za zarządzanie 0,75%, a TFI Kredyt Banku w swoim funduszu dłużnym 1,2%.
Przeciwnicy funduszy zagranicznych podważają jednak sens takich porównań, twierdząc, że opłaty w funduszach zagranicznych są zaniżane. W jaki sposób? Podawana stawka dotyczy tylko wynagrodzenia firmy zarządzającej. Nie obejmuje natomiast innych kosztów, które są pokrywane z aktywów funduszu.
Jakich? - Marketingu, audytu, agenta transferowego, depozytariusza - wylicza Sebastian Buczek, wiceprezes ING TFI. - W sumie koszty mogą wynosić drugie tyle, co sama opłata za zarządzanie - dodaje. Potwierdza to KPWiG, która bada materiały informacyjne funduszy zagranicznych, które chcą wejść do Polski. - W ich statutach opłaty nie są tak precyzyjnie opisane, jak w przypadku polskich funduszy. Zdarza się, że podawane jest tylko wynagrodzenie firmy zarządzającej - wyjaśnia Łukasz Dajnowicz, rzecznik KPWiG.
Jak jest w Polsce? - Praktyką jest podawanie stawki opłaty za zarządzanie. Pobiera ją TFI, które z otrzymanego wynagrodzenia pokrywa inne koszty związane z obsługą funduszu, np. depozytariusza, agenta transferowego czy wydatki związane z dystrybucją i marketingiem. Limit wskazany w statucie nie może być przekroczony - wyjaśnia Zbigniew Czumaj, dyrektor Departamentu Księgowości Funduszy w Pioneerze.
Zdarza się jednak, że niektóre z wymienionych wydatków nie są pokrywane z opłaty za zarządzanie, tylko z aktywów funduszu (wtedy nie wchodzą do limitu, a ich stawki nie są w statucie), np. koszt agenta transferowego.