Myszkując po serwisie internetowym Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS), natrafiłem na bardzo ciekawy ubiegłoroczny wykład wiceprezesa jednego z renomowanych banków. W chwilami żartobliwym tonie, analizuje niewdzięczne zadanie, jakie stoi przed specami od prognozowania rozwoju sytuacji ekonomicznej. Przyznaje np., że jedna z najlepszych prognoz, którą sformułował, okazała się trafna właściwie... przez pomyłkę. "Poprawienie" przekazanej publicznie prognozy dotyczącej poziomu bezrobocia w swoim kraju zawdzięczał błędnemu zrozumieniu owej prognozy przez dziennikarzy. Jego faktyczną opinię, że bezrobocie spadnie do poziomu "nieco ponad siedem procent" przekręcono, zmieniając na "poniżej siedmiu procent", co - paradoksalnie - okazało się prorocze...

Czy zatem oparte na poważnych analizach i symulacjach prognozy finansowe i inwestycyjne mają większą wartość niż te, wyznaczane na podstawie przysłowiowego rzutu monetą? Wielu inwestorów - korzystając zwłaszcza z anonimowości, jaką dają internetowe listy dyskusyjne - kpi otwarcie z prognoz i ich autorów. Nie jest to szczególnie trudne, gdyż istotnie wiele prognoz okazuje się albo pobożnym życzeniem, albo czarnowidztwem. Dzieje się tak również dlatego, że - wbrew naiwnym wyobrażeniom - ...dziać się tak musi. Gdyby nie rozbieżność oczekiwań, założeń i prognoz, na rynku finansowym, w tym na giełdzie, nie byłoby handlu. Gdyby ktoś nie wierzył np. w to, że akcje będzie można odkupić taniej, nie sprzedawałby ich temu, kto kupuje, bo z kolei wierzy, że taniej jest właśnie w tym momencie.

Śmiać się łatwo. Prognozować - trudniej. Tymczasem nie wolno zapominać, że część inwestorów - czy tego chce, czy nie - skazana jest nie tylko na prognozowanie, ale i na faktyczne kierowanie się tymi prognozami w swoich decyzjach. Jak przypominałem niedawno, z racji ograniczonej manewrowości zarządzający wielkimi portfelami (fundusze, firmy asset management, firmy ubezpieczeniowe) nie mogą błyskawicznie zmieniać kursu, przez co - zwłaszcza w przypadku gwałtownych wahań - są narażeni na ekspozycję na boczne fale i przeciwne prądy. Aktywne zarządzanie portfelem i timing stają się przecież tym trudniejsze, im bardziej skuteczny okazywał się wcześniej zarządzający. Klientów i aktywów zwykle przez to przybywa, portfel rośnie i... No właśnie - ze wzrostem wagi portfela, rośnie waga prognoz. Duży portfel, szczególnie przy braku możliwości modyfikowania jego profilu przez odpowiedni dobór instrumentów pochodnych, to mniejsza możliwość wykonywania szybkich akrobacji na rynku. Akrobacje, roszady w portfelu zresztą kosztują, co sprawia, że nawet dla zwolenników bardzo aktywnego zarządzania prognozy są przydatnym materiałem do przemyśleń.

No właśnie.. Myśleć... Lektura analiz i prognoz to naprawdę świetna pożywka do przemyśleń. To okazja do tego, by poznać inne sposoby myślenia. Nawet jeśli uznamy tok rozumowania autora za błędny. Co więcej - warto czytać... więcej. Bo, tak jak trudno o wiecznie wygrywającego z rynkiem i konkurencją zarządzającego, tak ciężko znaleźć wiecznie nieomylnych prognostów. Co więcej, jak pokazały badania przywołane przez wspomnianego już australijskiego bankiera, może być i tak, że fakt osiągnięcia najlepszych wyników przez jednego analityka w danym roku nie tylko nie daje gwarancji na przyszłość, ale wręcz... może zwiększać ryzyko, iż w roku następnym jego analizy okażą się bardzo słabe. Wystarczająco dużym wyczynem w tym względzie jest utrzymywanie się bliżej czoła niż środka analityczno--prognostycznego peletonu, za to przez dłuższy czas. Inwestorzy powinni to dobrze rozumieć - wszak osiągnięcie analogicznego wyniku w zarządzaniu portfelem jest przecież równie kuszące. I wcale nie takie łatwe!

Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst jest wyłącznie wyrazem jego osobistej wiedzy i poglądów, i nie może być inaczej interpretowany.