Pomimo kolejnej podwyżki stóp Fed wysokość realnego (po uwzględnieniu dynamiki rocznej CPI wynoszącej 3%) oprocentowania funduszy federalnych nadal jest ujemna. Realne stopy Fed znajdują się poniżej zera od października 2002, czyli dokładnie od czasu zakończenia bessy na rynku akcji w USA z lat 2000-2002. Późniejsza poprawa koniunktury przyjęła szczególnie spektakularną formę na "rynkach wschodzących". W poprzednim ok. 10-letnim cyklu, rozdzielającym kolejne globalne recesje, realne stopy Fed spadły nieznacznie poniżej 0 w okresie pomiędzy wrześniem 1992 a czerwcem 1993. Również wtedy mieliśmy do czynienia z bardzo silnym rynkiem byka na "emerging markets" (w tym historyczną hossą na GPW). O tym, że ogólny poziom cen akcji na rynkach peryferyjnych jest ujemnie skorelowany z wysokością realnych stóp Fed, mógłby świadczyć również fakt, że dno kryzysu "rynków wschodzących" wypadło w październiku 1998, w 7 miesięcy po ustanowieniu przez realne procentowanie "fed funds" cyklicznego maksimum powyżej 4%. 11 lat temu porecesyjna globalna hossa na EM kulminowała w lutym/marcu 1994, gdy Fed rozpoczął podnoszenie stóp (z 3% do 6% rok później) i gdy realne stopy Rezerwy Federalnej przekroczyły 1%. Obecnie na osiągnięcie tego poziomu trzeba by poczekać jeszcze pół roku (przy założeniu stabilizacji tempa inflacji). Sądzę jednak, że rozpoczętej w marcu fali realizacji zysków/ucieczki od ryzyka na rynkach peryferyjnych nie da się obecnie tak łatwo powstrzymać.
Dlatego scenariuszem, ku któremu się skłaniam, byłaby silna - rzędu 25% - korekta cen akcji na EM, do minimum cyklu 40-tygodniowego w maju. Następnie oczekuję letniej zwyżki, która niektóre rynki doprowadzi do nowych szczytów, na innych zaś pozwoli jedynie do ukształtowania się "prawych ramion". Zarówno dla indeksu MSCI Emerging Markets (w lokalnych walutach) i perfekcyjnie z nim skorelowanego od dekady WIG oznaczałoby to odwiedziny okolic poziomu 20 000 pkt do maja. W takim scenariuszu w poświątecznym okresie preferowaną lokatą nadal pozostawać będą waluty zagraniczne.