Inwestorzy wyraźnie nie mogą sobie wyrobić jakiegoś w miarę stałego poglądu na temat warszawskiej giełdy. W środę GPW należała do najsłabszych rynków na świecie, w czwartek to najsilniejszych. Wczoraj indeks największych spółek zyskał 1,5%, z nawiązką odrabiając poniesione dzień wcześniej straty. Zakres zmian kursów największych spółek był wyjątkowo szeroki - prawie 7,6% zyskały akcje GTC, 4,2% spadł kurs Cersanitu. Interesujące, że w przeciwnym kierunku podążyła giełda w Budapeszcie, gdzie BUX stracił 1,4%.
Techniczne wytłumaczenie wczorajszej zwyżki jest dość proste. Wykres indeksu ruszył w górę, ponieważ tuż poniżej znajduje się linia trendu, poprowadzona po dołkach z listopada 2003 roku oraz sierpnia 2004 roku. Interpretacja odbicia od wzrostowej linii trendu z reguły nie nastręcza trudności - oto rozpoczyna się kolejna fala zakupów, która powinna wynieść wykres do nowego maksimum. W tym wypadku oznacza to mniej więcej tyle, że WIG20 powinien przekroczyć szczyt z lutego na 2118 pkt.
Jednak przed obwieszczeniem zwycięstwa byków powstrzymuje kilka elementów. Wczorajszemu odbiciu nie towarzyszyły zwiększone obroty. Jeśli wczorajsza sesja jest warta z jakiegoś powodu odnotowania, to głównie dlatego, że kolejne 52-tygodniowe minimum zanotowały akcje Prokomu, a nie z uwagi na wyjątkowo wysoki popyt na akcje. Warto zwrócić uwagę, że nim spojrzymy na szczyt sprzed dwóch miesięcy, to najpierw zamknięta musi być poniedziałkowa luka bessy i przełamana spadkowa linia trendu. Prosta, poprowadzona po maksimach z 28 lutego, 9 marca oraz 7 i 13 kwietnia, znajduje się na wysokości 1975 pkt. Czy kupujący mają dość determinacji, żeby pokonać te istotne poziomy oporu. Na razie jej nie widać.
Niewiele też wskazuje na to, żeby w szeregach kupujących byli inwestorzy zagraniczni. Wczoraj kurs euro względem złotego zbliżył się do granicy 4,2 zł i był najwyższy od ponad czterech miesięcy. Niecałe 3 grosze poniżej tegorocznego maksimum (3,226 zł) znajduje się także cena dolara na rynku międzybankowym.