W czwartek w Sejmie odbędzie się debata nad projektami uchwał, złożonych z inicjatywy Prawa i Sprawiedliwości (PiS) oraz Ligi Polskich Rodzin (LPR), dotyczących samorozwiązania Sejmu.
Aby uchwała stała się ważna, potrzebnych jest 307 głosów. Wtedy, nie później niż 19 czerwca musiałyby odbyć się wybory parlamentarne, a wyłoniony z nich Sejm zebrałby się na początku lipca.
Do uzyskania 307 głosów za samorozwiązaniem potrzeba części posłów rządzącego i wciąż najliczniejszego (150 posłów) klubu Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD). Pod koniec stycznia Rada Krajowa SLD podjęła decyzję, że sojusz opowiada się za jesiennym terminem wyborów, połączonym z wyborami prezydenckimi i referendum w sprawie konstytucji Unii Europejskiej.
Choć przez tych kilka miesięcy zmieniły się okoliczności - na początku marca premier Marek Belka zapowiedział, że właśnie 5 maja złoży dymisję i wstąpi do nowej partii politycznej, tworzonej na bazie Unii Wolności - to z SLD ciągle było słychać głosy o niezmienności styczniowych postanowień. Opinię o "rozmiękczaniu" stanowiska SLD kilka tygodni temu wypowiedział nawet marszałek Sejmu z ramienia SLD - Włodzimierz Cimoszewicz.
Z wyliczeń prasowych wynika, że zwolennicy rozwiązania Sejmu i wiosennego terminu wyborów mogą liczyć na co najwyżej 250, w porywach do 280 głosów.