Jutro premier Marek Belka poda się do dymisji. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że prezydent dymisji nie przyjmie, więc premier, jako człek skłonny do kompromisu, na swoją dymisję naciskać nie będzie. Na dodatek Sejm, mimo krzyków i pogróżek, też się nie rozwiąże. Wszystko pozostanie po staremu i nadal będzie trwać nasza mała stabilizacja.
Oczywiście, nikt nie daje gwarancji, że samorozwiązanie się Sejmu czy dymisja premiera coś by zmieniły, zwłaszcza na lepsze. Ale pokazałyby, że jesteśmy w stanie wybrać ludzi, którzy umieją przyznać się do porażki. Zdaję sobie sprawę, że to rzadka umiejętność, nawet wśród tzw. szarych obywateli, więc rzeczywiście być może za dużo wymagam od posłów. W końcu są tacy sami jak ich wyborcy.
Poza tym - nie chodzi tu tylko o umiejętność przyznania się do błędu, bo samo bicie się w pierś to w tym przypadku nieco za mało. Chodzi raczej o to, żeby ponieść tego konsekwencje. Bo strata apanaży i znaczenia taką konsekwencją jest. Ale tak się składa, że panowie ci w sporej części pochodzą z SLD czy SdPl, a także PSL, a więc partii, które w dużym stopniu na umiejętności unikania odpowiedzialności są zbudowane.
Patronem tych partii jest tak naprawdę generał Wojciech Jaruzelski, który udaje, że nic nie wiedział, nie rozumiał, nikomu nie wydawał żadnych poleceń i wszystko zwala na innych.
Jak już napisałem, umiejętność przyznania się do błędów i poniesienia ich konsekwencji nie jest rzeczą często spotykaną w społeczeństwie, ale tak na-prawdę jej brak nie jest też głównym powodem do wstydu. O wiele gorsze światło rzuca na posłów fakt, że wybrali premiera, który za nic ma swoje własne słowo.