Odrabianie strat po 2-miesięcznych spadkach przychodzi naszej giełdzie z bardzo dużym trudem. Od minimum (1855 pkt) w zapoczątkowanym pod koniec lutego trendzie spadkowym WIG20 zyskał niecały 1%. Jak na cztery sesje wysiłku kupujących to bardzo niewiele. Amerykański S&P 500 zyskał od tegorocznego dołka ponad 3%, niemiecki DAX wzrósł w trakcie korekty 2,9%.
Równie opornie jak WIG20 idzie odrabianie strat indeksom giełd w Budapeszcie i Pradze. Widać, że te parkiety kapitał zagraniczny w tej chwili omija. Sądząc po tegorocznych stopach zwrotu, jeśli już pojawia się na europejskich rynkach wschodzących, to wybiera przede wszystkim Słowację, Estonię, Ukrainę, Bułgarię i Rumunię. Od początku roku indeksy tamtejszych giełd zyskały od 177% do 95%. W tej samej klasyfikacji WIG20 znajduje się w wąskim gronie wskaźników, które mają niższą wartość niż na ostatniej sesji 2004 roku. Należymy do najsłabszych rynków - gorzej od nas wypada tylko Wenezuela i Chiny.
Racjonalnie trudno wyjaśnić tę sytuację - nie tłumaczy tego w pełni seria gorszych danych makroekonomicznych, bo Węgrzy stoją pod tym względem dużo gorzej, a mimo tego tamtejszy indeks jest ponad 30% wyżej niż pod koniec zeszłego roku. Trudno też przypuszczać, żeby ta sytuacja miała się zmienić, ale uważam, że pesymizm w odniesieniu do naszego rynku jest posunięty trochę zbyt daleko. Przynajmniej w krótkim terminie. Nie sądzę, żeby GPW w pełni zignorowała krótkoterminowe sygnały kupna na wykresach zagranicznych indeksów (np. przełamanie spadkowej linii trendu przez S&P 500), umacnianie się złotego i utrzymująca się w pobliżu tegorocznych minimów rentowność obligacji. Kolejne spadkowe fale na wykresie WIG20 są coraz krótsze. To również znak, że presja podaży słabnie. Dlatego nie wykluczyłby, że rozpoczęte z tego poziomu (lub trochę niżej) odreagowanie osiągnie okolice 1950 punktów. Gdyby w trakcie ogólnoświatowej korekty warszawskie indeksy ledwo drgnęły, byłby to sygnał słabości wyjątkowej.