Przy okazji któregoś z rządowych przesileń w pierwszej połowie lat 90. (było ich wtedy sporo) ówczesny prezydent Lech Wałęsa powiedział, że dla dobra Polski byłby w stanie zaakceptować nawet premiera... Wałęsę. Teoretycznie było to możliwe, bo nasza konstytucja nie zakazuje łączenia funkcji głowy państwa i szefa rządu. Ale Wałęsa prezydentem i Wałęsa premierem... Jakoś nie mieściło się nam to wtedy w głowach.
Dziś jest już zupełnie inaczej. Dziś nikogo nie dziwi, że prezydentem mógłby zostać Kaczyński, a premierem też Kaczyński.
Podobna konstrukcja jest nawet swego rodzaju wymogiem czasu. Daje gwarancję spójności politycznej, a Polacy lubią taką spójność. Przecież prezydent Kaczyński nie zrobiłby niczego, o czym nie wiedziałby premier Kaczyński (ta zasada może nie do końca sprawdziłaby się w przypadku prezydenta i premiera Wałęsy).
Polacy są też narodem wybitnie rodzinnym - potwierdzi to każdy socjolog. Nic więc dziwnego, że gdy tylko liderzy Prawa i Sprawiedliwości ujawnili plany obsady najważniejszych stanowisk w państwie, notowania PiS-u momentalnie skoczyły do góry i partia braci Kaczyńskich stała się liderem rankingów.
Trudno się dziwić, że w tej sytuacji i inne ugrupowania zdecydowały się pójść w ślady