Część analityków "z wypiekami na twarzy" oczekuje wyników Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności za I kwartał. Oczekiwane jest rozstrzygnięcie, czy zadziwiająco dobre dane za IV kwartał ubiegłego roku były jedynie anomalią, czy może jednak oznaczały zmianę trendu.
Przypomnijmy, że informacje za IV kw. interpretowano jako wskazujące, że sytuacja na rynku pracy uległa znacznemu polepszeniu. Mieliśmy bowiem wtedy nie tylko poprawę wbrew sezonowi (między kwartałami trzecim i czwartym sytuacja zazwyczaj pozostaje stabilna bądź pogarsza się), ale również znaczącą poprawę w stosunku do danych notowanych przed rokiem. Zrodziło się nawet przypuszczenie, że po silnym zaburzeniu z pierwszego półrocza 2004 r., najprawdopodobniej powracamy do notowanych w roku 2003 zależności między dynamiką wzrostu gospodarczego i popytu na pracę. Wszak zestawienie danych BAEL z informacjami o rachunkach narodowych pozwala oszacować tempo wzrostu wydajności - będące jednocześnie aktualną wartością neutralnej dla rynku pracy dynamiki PKB. Na przestrzeni 2003 roku proporcja między dynamiką PKB i zatrudnienia była dość stabilna. Wydajność rosła w tempie 3% i każda wyższa od tej wartości dynamika PKB generowała wzrost liczby miejsc pracy. Odmiennie sytuacja prezentowała się w pierwszej połowie 2004 roku. Przedsiębiorcy wyjątkowo wysokie (wtedy) poziomy zamówień potraktowali jako incydentalne i realizowali je, zwiększając przeciętny czas pracy personelu. W konsekwencji przekraczający 6% wzrost gospodarczy praktycznie nie przyniósł wzrostu zatrudnienia (w pierwszym półroczu skala wzrostu wydajności sięgała około 6%). Jednak wyniki drugiego półrocza świadczyły już o dostosowywaniu poziomu zatrudnienia do wypracowywanej sprzedaży. W III kwartale wydajność poprawiła się o około 3%, podczas gdy w IV kwartale o 1,4%.
Stosunkowo niska w końcu ubiegłego roku wartość wzrostu wydajności nie powinna być interpretowana jako odwrót od restrukturyzacji i modernizacji gospodarki, lecz jako swoiste odreagowanie zwariowanego okresu okołoakcesyjnego. Być może była ona również efektem zmian struktury wytwarzanego PKB, gdzie nastąpiło przesunięcie proporcji między udziałem przemysłu i usług (w tych drugich - wydajność liczona na zatrudnionego jest zazwyczaj niższa niż w przemyśle).
Wypada przypomnieć, że naszą bolączką w ostatnich latach był wzrost generowany niemal wyłącznie poprawą efektywności w przemyśle i budownictwie. Tu najszybsze efekty uzyskiwano, oddając w ręce posiadanego personelu bardziej wydajne narzędzia. Oczywiście tak uzyskiwana poprawa cieszy, lecz nie daje perspektyw na wzrost zatrudnienia w gospodarce jako całości. Zupełnie inaczej natomiast prezentuje się sytuacja, kiedy wzrasta popyt na usługi - w szczególności te związane z obsługą gospodarstw domowych. Zauważmy, że tam stosunek nakładu pracy do sprzedaży jest stosunkowo wysoki, a utworzenie nowego miejsca pracy zazwyczaj jest znacznie tańsze niż w przemyśle.
Gdyby tendencje z drugiej połowy 2004 r. utrzymały się również w roku obecnym - to przy wzroście gospodarczym na poziomie około 4-4,5% można by liczyć na wzrost zatrudnienia sięgający 1,5-2%, czyli wynoszący 210 - 280 tys. osób. Tej skali poprawa może być nieoceniona tak dla popytu konsumpcyjnego - kulejącego w ostatnich miesiącach - jak i dla finansów państwa (poprzez dodatkowe podatki dochodowe, opłacane składki na świadczenia społeczne, wpływy z tytułu podatków pośrednich). Wypadałoby też podkreślić inny aspekt takiej poprawy - szczególnie ważny dla przedsiębiorców. Bez wyraźnej zmiany stosunku bezrobotnych i biernych zawodowo do liczby pracujących wszelkie odpowiedzialne dyskusje o obniżaniu kosztów pracy są praktycznie wykluczone.