Usługi finansowe drożeją - pisaliśmy o tym ostatnio. Wystarczy spojrzeć od czasu do czasu na wyciąg bankowy. Ja spojrzałem. Ot, choćby na stawki za prowadzenie rachunku czy za przelewy... Moi koledzy wspominali w tym miejscu niedawno o bulwersujących sprawach: bankowym sprycie i "dmuchaniu" prostych dawców kapitału, nabieranych na specjalne lokaty bądź kasy mieszkaniowe. A jak wygląda powszedni dzień klienta?
Pospieszyłem ostatnio do banku, by zapłacić rachunki, wziąć wyciąg i trochę gotówki. Najpierw kolejka. Długa. Wreszcie zaproszenie do okienka. Z przelewami poszło gładko, z wyciągiem też. Za miesiąc wstecz - darmowy. Za dłuższy okres - za sporą opłatą. Nie wiem, dlaczego. Wziąłem za miesiąc. Atrakcyjna pani (oglądanie atrakcji gratis) zauważyła przy okazji, że od kilku miesięcy na koncie błąka się niewielka kwota. - Powinien pan coś z tym zrobić - stwierdziła. - Proponuję lokatę. - Ile wynosi oprocentowanie? - pytam z ciekawości. - Około 2,5-3%. Jeśli na dłuższy termin - trochę więcej, nawet ze 4%. I radzę się pospieszyć, bo spada (czym uczyniła aluzję do ostatniej decyzji RPP). Jest też specjalna lokata w bony. Daje ponad 4%. Bardzo atrakcyjna. Ale pan ma chyba za mało pieniędzy... - A obligacje - przypomniało mi się - mają chyba wyższy kupon? - Kupon? - zdziwiła się. - Odsetki - wyjaśniam. - Proszę bardzo, obligacje też może pan kupić. - Oprocentowanie? - Nie pamiętam. Zaraz przyniosę spis. Przyniosła. - A poza tym wszystko jest napisane w tzw. listach emisyjnych - poinformowała. - Wezmę je. Przejrzę w wolnej chwili. Wtedy zdecyduję. Tym razem musiałem poczekać dłużej. - Przykro mi, już nie mamy. Ale leżą jeszcze na stojaczku, na sali. Podszedłem do stojaczka: tylko trochę barwnych ulotek. Nie zależało mi na obligacjach, ale dla porządku poinformowałem: - Na stojaczku nie ma. Sprawdziła. - No, nie ma. Ale mamy stare. Prawie jak nowe. Wystarczy poczytać i wszystko będzie jasne. Tylko trzeba "wstawić" sobie nowe oprocentowanie.
Nie chciało mi się czytać i "wstawiać". - Na razie zapłacę rachunki - mówię. - Kasa nr 17 - żegna mnie atrakcyjna pani. Kasjerka sprawdza dowód. Otwiera system. Dzwoni. Najwyraźniej postępuje w myśl wskazówek rozmówcy. Przechodzi kolejne etapy i... wraca do początku. Po pół godzinie zaczynam się niecierpliwić. Ale jakoś głupio się wycofać. Pytam nieśmiało, czy można by przyspieszyć, bo nie mam za wiele czasu. Kasjerka zaczyna nerwowo podnosić i odkładać słuchawkę telefonu. Widzę, że drżą jej ręce, więc rezygnuję z ponaglania. W końcu komputer odmawia współpracy, gaśnie. Kierownictwo postanawia zmienić obsługę. Pani pakuje wszystko do żelaznego kuferka i znika. Przychodzi inna. Bardzo atrakcyjna. Rozpakowuje swój żelazny kuferek. Odpala komputer i wstukuje dane. - Koleżanka była pierwszy raz na tym stanowisku - tłumaczy. - To miała pecha. Ja zresztą też - żartuję. - No tak, ale przecież na kimś musi się uczyć, prawda? - słyszę w odpowiedzi. Rezygnuję z riposty.
Wpadłem do banku na pięć minut. Zostałem półtorej godziny. I tak miałem szczęście: załatwiłem niemal wszystko, co chciałem. Nie zdążyłem tylko pobrać gotówki. Ale i nie dostałem mandatu za przekroczenie czasu parkowania!
Żona mojego kolegi chciała załatwić w banku parę spraw - w sobotę. Usłyszała, że nic z tego nie będzie, bo choć bank pracuje, to nie całkiem. - To może przynajmniej odbiorę kartę kredytową? - zapytała. - Tylko od poniedziałku do piątku. A tak w ogóle to niech się pani zdecyduje na bankowość internetową. Wystarczy wypełnić parę druków. I już nie trzeba będzie przychodzić do oddziału. - Może to i dobry pomysł. Poproszę formularze. - Od poniedziałku do piątku.