Ostatnio pisałem o możliwości podniesienia cen do okolic 2000 pkt. Przyznam jednak, że nie liczyłem przy tym na aż tak sprzyjające otoczenie, jakim jest hossa na rynku długu, umocnienie złotego czy zachowanie indeksów naszego regionu. Nie trzeba sięgać daleko pamięcią, wystarczy luty tego roku, by przypomnieć sobie, że mieszanka takich pozytywnych czynników pozwala chwilowo wynieść rynek siłą rozpędu nawet do mocno nieracjonalnych poziomów. W mojej ocenie taką racjonalną barierą jest teraz właśnie 2000 pkt, ale powoli skłaniam się ku temu, że możemy "nieracjonalnie" rosnąć dalej.
Nie ukrywam, że pomocny jest tutaj pesymizm, jaki zapanował na GPW. Nieefektywność w wycenie kontraktów sugeruje "widmo krachu", a to samo wieszczą analitycy i zarządzający w Wigometrze. Nie przytaczam często tego wskaźnika, bo uważam go za mało skuteczny, ale tak skrajne wartości, jakie widzieliśmy w piątek, dają do myślenia. Aż 55% uczestników ankiety oczekuje spadku WIG20 w tym tygodniu, a jedynie 10% oczekuje wzrostu. Ale uwaga! Kreślenie szczytu przy takich nastrojach wcale nie jest niemożliwe i prognozowanie wzrostu tylko na tej podstawie byłoby mocną ignorancją. Przykładowo, 11 marca pesymistów było 68%, a optymistów tylko 9%. To najniższy w historii odczyt Wigometru (-57 pkt), a mimo to rynek przeżył wtedy dynamiczną przecenę.
Jakie wyciągnąć więc z tego wnioski? Tylko takie, że fatalny Wigometr potwierdza, że nasze OFE i TFI kupują trochę na siłę, a skoro do tego drobni inwestorzy są pesymistami, to główną siłą napędową ostatnich wzrostów są inwestorzy zagraniczni. Osobną kwestią jest odpowiedź, czy przyciągnęła ich tylko na chwilę oferta Lotosu, umacniający się ostatnio złoty, rynek obligacji, sytuacja na zachodnich parkietach, czy może najpewniej - wszystkie te czynniki razem.