Od kilku dni główny indeks warszawskiego rynku WIG20 balansuje wokół 2 tys. pkt. Trochę zaskakujący wtorkowy spadek został wczoraj z niewielką nawiązką odrobiony, ale przełom raczej nie nastąpił. Inwestorzy raczej poszukują odpowiedzi na pytanie o kierunek notowań w kolejnych tygodniach niż doszli do przekonania, że czeka nas dalsza zwyżka. Nic dziwnego. Na parkiet wciąż napływają sprzeczne sygnały. Giełdy amerykańskie straciły ochotę na wzrost, a wczorajszy spadek przybliża je do odwrócenia zwyżkowej tendencji z minionych tygodni. Jednocześnie znów bardzo dobrze radzi sobie węgierski BUX, któremu już niewiele brakuje do tegorocznego maksimum. Trwające od trzech miesięcy osłabienie złotego poprawia warunki dla eksporterów, ale złoty słabnie głównie w relacji do dolara, a nie euro. Wspólna waluta jest droższa o niecałe 4% w porównaniu z marcowym minimum, ale od końca I kwartału euro potaniało. W sumie więc trudno upatrywać ulgi dla firm sprzedających produkty za granicą. Rozliczają się one głównie w euro.

W poprzednich tygodniach inwestorzy ulegli złudzeniu, że rentowność obligacji może zmniejszać się w nieskończoność. Pomimo korzystnych danych o amerykańskiej inflacji tamtejsze papiery skarbowe tracą w ostatnich dniach na wartości. Zyskowność 10-latek podniosła się z 3,89% do 4,13%. To odbija się na kondycji rynku akcji. Wobec wczorajszych informacji o wartości kapitału, jaki został ulokowany w kwietniu w amerykańskich obligacjach - 12-miesięczne saldo kupna i sprzedaży spadło do najniższego poziomu od początku 2004 r., ale wciąż jest mocno dodatnie - siła tej grupy aktywów w czasie obecnego cyklu podwyżek stóp procentowych rzeczywiście zaskakuje.

Na naszym rynku w dalszym ciągu ton nadają banki. Sprzyjają im nie tylko kwestie związane z połączeniem Pekao i BPH, ale też trwająca w tym kwartale hossa na rynku obligacji. Rentowność 5-latek obniżyła się do 5,08% z 5,51% na koniec marca. Dla porównania, w I kwartale spadła o 0,64 pkt proc.