Trochę czasu upłynęło od odrzucenia eurokonstytucji przez Francuzów i Holendrów, a rządzący nadal nie wiedzą, co dalej robić. Na przeczekanie znaleźli połowiczne rozwiązanie: przedłużenie okresu ratyfikacji dokumentu.
Pojawiają się doniesienia, że obecny kryzys może doprowadzić do rozwiązania Unii Europejskiej albo do likwidacji strefy euro. Ta ostatnia wydaje się o tyle łatwą ofiarą, że wyborcy w wielu krajach za wspólną walutą nie przepadają. No, nic dziwnego, skoro podobno w Holandii wymiana guldena na euro zabrała obywatelom 10% oszczędności, a wszędzie przyniosła wzrost cen.
W tym zamieszaniu pojawia się coraz więcej pytań, dotyczących tego, jakie są inne możliwości rozwoju krajów europejskich. Do tej pory bowiem wydawało się, że jesteśmy skazani na postępującą integrację, euroizację i coraz większą władzę Komisji Europejskiej. Tymczasem ten kierunek najwyraźniej nie wszystkim wyborcom się podoba. Potrzebne są alternatywy.
Ciekawi mnie, czy nasze kochane rządy - zarówno obecne, jak i przyszłe - mają pomysł, co zrobić, gdy dojdzie do likwidacji strefy euro. W tej chwili jesteśmy tam zgodnie wpychani przez rząd i NBP, ale co będzie, gdy euro zniknie? A może będzie "wolnoć Tomku w swoim domku" - skoro nie ma paktu stabilizacji i rozwoju, nie ma ograniczeń fiskalnych, to można się zadłużać na potęgę? O ile ktoś będzie chciał kupować polskie obligacje. Bo w końcu nad wyraz interesującą kwestią byłoby zbadanie, ile kosztowałyby nasze papiery skarbowe, gdyby nie przekonanie inwestorów, że w krótkim terminie zostaniemy członkiem unii monetarnej.
Ewentualne wycofanie się z euro będzie miało też inne konsekwencje. Bo co zrobić ze wspólną walutą, którą posiadają Polacy? Jak rozliczać kontrakty firm polskich z niemieckimi czy włoskimi? Co zrobić z tymi tysiącami zapisów, mówiących o "równowartości X euro", które kryją się w wielu polskich ustawach? Ma ktoś na to pomysł, czy też wszyscy uważają, że unia monetarna będzie istnieć 1000 lat?