Po Easdaqu zostało biuro w belgijskim mieście Leuven, w którym pracują cztery osoby, i serwerownia z 200 maszynami, z pomocą których działała kiedyś warta ponad 40 mln USD platforma obrotu akcjami.
Kilka lat temu ta paneuropejska giełda nowych technologii przyciągnęła na swój parkiet 60 firm, które z rynku pierwotnego zgarnęły łącznie ponad 60 mld euro. Wchodząc na rynek publiczny, nie spodziewały się jednak, że już chwilę później, na fali pękającej bańki internetowej, będą jedna po drugiej padać, w końcu przyczyniając się do upadku samego Easdaqa. Kres giełdy nadszedł w 2003 r.
W grudniu 2003 r. szczątki po Easdaqu wykupił pochodzący z Belgii Jos Peeters, specjalizujący się w ryzykownych inwestycjach. Ma 63% udziałów w giełdzie i od półtora roku czeka na jej wskrzeszenie. Zapowiada, że nastąpi to przed końcem przyszłego roku.
Jak podaje magazyn "The Deal", Peeters, dyrektor zarządzający firmy Capricorn Venture Partners, od kilku miesięcy objeżdża europejskie instytucje, szukając poparcia dla swoich planów. W jego wizji Easdaq ma się narodzić na nowo, ale według poprzedniej koncepcji - jako obejmująca cały kontynent giełda dla firm z branży high-tech. - Na rynku czuje się potrzebę powołania tego rodzaju giełdy, ale ludzie mają różne pomysły, jak należałoby to zrobić - twierdzi Peeters. - My chcemy stworzyć rynek z tożsamością, twarzą, który będzie ostoją dla wzrostowych technologicznych i biotechnologicznych firm - dodaje.
Według opracowania zrobionego na zamówienie Peetersa, w Europie działa 30 giełd, spośród których aż 21 identyfikuje się jako "nowe rynki", które mają przyciągać młode, przyszłościowe spółki. Jednak w odróżnieniu od pierwowzoru Easdaqa - amerykańskiego Nasdaqa, gdzie jest trzy tysiące firm o średniej kapitalizacji 900 mln USD - w Europie w segmentach technologicznych tutejszych giełd jest notowane tylko 1,4 tys. firm, i tylko w przypadku działającego przy giełdzie w Mediolanie Nuovo Mercato przeciętna kapitalizacja spółek przekracza 100 mln USD.