Przebieg wczorajszych notowań był mocno nieprzyjemny dla niedźwiedzi. Dobijająca była zwłaszcza końcówka notowań, która rozwiewała nadzieję na fałszywe wybicie cen nad poprzedni szczyt. Wybicie okazało się całkiem prawdziwe i teraz kolejnego oporu należy już szukać na poziomie szczytu z przełomu lutego i marca.
Już na początku sesji inicjatywę przejął popyt. Było to jednak dość niemrawe działanie i nie musiało przerodzić się w klęskę podaży. Jeszcze przed południem wykresy cen kontraktów i wartości indeksu wyszły nad poziom lokalnego szczytu wyznaczonego przed dwoma tygodniami. Nie był to jednak imponujący rajd popytu - ceny szybko zaczęły się cofać. W tej chwili w obozie niedźwiedzi pojawiło się ożywienie. Zamknięcie sesji poniżej szczytu oznaczałoby fałszywe wybicie, a tym samym jeden z pierwszych sygnałów słabości rynku. Ceny powoli się osuwały, ale na kontraktach znacznie szybciej. Tu pesymizm rósł. Rósł chyba zbyt szybko. Niedźwiedziom nie starczyło sił nawet na zamknięcie porannej małej luki hossy. Nastroje (mocno ujemna baza) nie pozwalały na spadek cen.
Po południu do akcji ponownie przystąpili kupujący. Rozwiali wszelkie nadzieje na choćby wstępny sygnał sprzedaży. Ponownie wyciągnęli ceny nad poziom porannych notowań, a w końcówce nawet wyznaczyli kolejne rekordy sesji. Posiadacze krótkich pozycji zamiast radować się sygnałem, zmuszeni byli salwować się ucieczką, co tylko pomogło cenom.
Do paniki jednak nie doszło. Wydaje się, że co bardziej wytrwałe misie postanowiły utrzymać pozycje do testu poziomu szczytu na 2126 pkt. Wielu oczekuje, że właśnie tam rynek się zatrzyma. Tylko, czy szukanie szczytów w czasie wzrostu ma faktycznie sens? Chyba lepiej skupić się na wsparciach. Najbliższym nadal jest poziom 2000 pkt.