Władze zatrzymały ponad 80 mln sztuk chińskiej odzieży. Dotarła ona do Europy już po wejściu w życie kwot importowych na te towary, ale zostały one zamówione wcześniej. Sieci handlu detalicznego, takie jak Hennes & Mauritz, protestują przeciwko restrykcjom, bo grożą im wyższe koszty. Niezadowolone z takiego rozwiązania są też rządy Niemiec, Holandii i państw skandynawskich, bo oznacza ono spadek zysków handlowców i wyższe ceny odzieży. Mandelson ostrzega nawet przed pustymi półkami. W Parlamencie Europejskim słychać głosy krytyki pod adresem komisarza, i uwagi, że powinien on przewidzieć taką sytuację i jej zapobiec.

Londyński "The Times" napisał wczoraj: "Kiedy Peter Mandelson przed prawie rokiem przenosił się z Londynu do Brukseli, żeby zostać unijnym komisarzem, z pewnością nie wyobrażał sobie, że jego nazwisko będzie kojarzone z 7,4 mln chińskich biustonoszy. Miejmy nadzieję, że kolejna runda rozmów przyniesie wkrótce rozwiązanie tego dziwnego problemu i biustonosze będą mogły dotrzeć do tych, którzy może będą je chcieli kupić".

Na razie trwa uzgadnianie wspólnego stanowiska Unii w tej sprawie, bo na przykład Francja, Włochy, Grecja i Polska popierają wprowadzenie ograniczeń chińskiego importu, co ma pomóc ich przemysłom tekstylnym.

Rozwój sporu pilnie obserwują Amerykanie, którzy też chcą wprowadzić podobne rozwiązania w handlu z Chinami (wczoraj w Pekinie delegacja USA rozpoczęła kolejną rundę rokowań z władzami Państwa Środka). Już w najbliższą niedzielę, 4 września, Pekin będzie gościć uczestników szczytu Chiny-Unia Europejska. Może do tego czasu uda się osiągnąć jakiś kompromis.

Bloomberg