Pozostająca na niskim poziomie zmienność amerykańskiego rynku - ATR z 5 sesji podniósł się od majowego minimum przy 6,5 pkt do zaledwie 11 pkt - przypomina sytuację ze stycznia tego roku. Wtedy również 5-sesyjny ATR zdołał ledwie przekroczyć 11 pkt, gdy we wcześniejszych falach spadkowych sięgał 13-15 pkt, i to przy niższych wartościach S&P 500. To mogłoby wskazywać, że indeks zdoła nieznacznie przebić sierpniową górkę. To, czy tak się rzeczywiście stanie, będzie najprawdopodobniej zależeć od zachowania dziennego MACD. Wskaźnik spadł dwa tygodnie temu poniżej poziomu równowagi. Jego ewentualny powrót do strefy wartości dodatnich przemawiałby za osiągnięciem nowego szczytu. O tym, że ważą się losy średniookresowej tendencji informuje tygodniowy MACD, który balansuje na wysokości średniej. Tak samo zresztą było w styczniu. Tym razem jednak na wskaźniku widoczna jest już nie pojedyncza, a podwójna negatywna dywergencja. To przemawia przeciwko ustanowieniu nowego maksimum.
Koszty pracy rosną
coraz szybciej
Ostatnie kwartały przynoszą wyraźny wzrost kosztów pracy w USA. Średnia z 4 kwartałów zbliża się do szczytu z 2000 r. Jednocześnie maleje tempo poprawy wydajności pracy. Przeciętnie w ostatnich 4 kwartałach wynosiło 2,2%. Od 1998 r. bariera 2% nie została ani razu sforsowana. Rok temu wydajność rosła w blisko dwa razy szybszym tempie, koszty nie zmieniały się. Bezsprzecznie za wcześnie jest jeszcze bić na alarm, ale już obecne poziomy obu wskaźników mogą mieć przełożenie na to, jak potoczą się zdarzenia na rynkach finansowych. Przyspieszenie wzrostu kosztów pracy jest bardzo wyraźne. Z jednej strony grozi większą inflacją, z drugiej - słabszymi wynikami firm. Fed z dużą uwagą obserwuje zmiany kosztów pracy - dalsze podwyżki stóp są zatem bardzo prawdopodobne, nawet wtedy, gdy na najbliższym posiedzeniu ze względu na efekty huraganu nastąpi tymczasowa przerwa. W 2000 r., gdy podnoszenie się kosztów pracy następowało w podobnym do obecnego tempie, koszt pieniądza był o 3 pkt proc. wyższy niż obecnie.
Jeśli do tego dodamy możliwy impuls inflacyjny związany z ostatnim wzrostem cen paliw, a także negatywny wpływ tego ostatniego czynnika na bilans handlowy i obrotów bieżących, to okazuje się, że przed nami rysuje się tylko jedna alternatywa: amerykańska gospodarka zacznie jeszcze wyraźniej zwalniać albo cykl podwyżek stóp procentowych zakończy się na wyraźnie wyższym poziomie, niż się teraz wszyscy spodziewają. Żaden z tych scenariuszy nie jest korzystny dla rynku akcji.