PiS odpowiedział wczoraj na list Platformy dotyczący planów rządzenia. "Nasze myślenie o odrodzeniu państwa jest bardzo podobne" - pisze K. Marcinkiewicz. - Jestem w 100% przekonany, że powołam ten rząd do końca października - mówił później na konferencji prasowej.
Kandydat na premiera poświęcił dużo miejsca zagadnieniom konstruowania budżetu, począwszy od 2006 r. PiS chce, aby projekt ustawy budżetowej oceniały niezależne instytuty budżetowe. Zaproponował również, aby ośrodki te analizowałyby corocznie stan finansów państwa (wiązałoby się to z dostępem do danych Ministerstwa Finansów).
K. Marcinkiewicz postuluje monitorowanie budżetu on-line (wszystkie jednostki budżetowe i urzędy raportują o swoich dochodach i wydatkach na bieżąco, korzystając z systemu informatycznego). Tyle że to nic nowego. Podobne zmiany stara się wprowadzić w życie kierownictwo obecnego resortu. Część wydatkowa systemu (tzw. Trezor) już w części działa. W 2006 r. powstać ma część monitorująca wpływy.
Kandydat na premiera zaproponował też konsolidację budżetu państwa i wszystkich funduszy, agencji i jednostek, które nie będą likwidowane. Gdyby rozumieć to dosłownie, oznaczałoby to powiększenie niedoboru budżetu o dużą część deficytu sektora finansów publicznych. Ekonomiści wierzą jednak, że nie o to przyszłemu premierowi chodzi.
W ostatnich dniach rynki niespecjalnie reagowały na korespondencję pomiędzy obydwoma partiami. Inwestorów nie odstraszyła od Polski nawet negatywna rekomendacja HSBC (Bank ocenił m.in., że nowy gabinet nie będzie bardzo "reformatorski"). - Zagranica czeka na wyniki wyborów prezydenckich i powołanie rządu. Wydaje się, że stabilność jest w rękach graczy krajowych - twierdzi Janusz Jankowiak, główny ekonomista BRE Banku.