Mamy spadek, który u sporej części graczy może już wygenerować sygnały sprzedaży także i w średnim terminie. Na wczorajszej sesji z rynku uciekło prawie 5000 kontraktów. Widać więc, że wielu graczy podjęło decyzję o skonsumowaniu dużych przecież zysków. Czy nie przedwcześnie? O tym oczywiście ostatecznie dowiemy się za jakiś czas. Niemniej warto chyba zwrócić uwagę na kilka elementów.
Pierwszym jest fakt, że dwie ostatnie sesje zbudowały korektę, której skala znacząca, a której do tej pory brakowało. Od kilku miesięcy poruszaliśmy się w niemal niezakłóconym ruchu wzrostowym. Gdyby nie zamach bombowy w Londynie, który spowodował pewne wahnięcie cen, to ostatnią poważną korektą był spadek z II kw. tego roku. Trudno mi zaakceptować tezę, że pierwszy od miesięcy poważniejszy spadek cen kończy jednocześnie trend wzrostowy, trwający od ponad 4 lat.
Po drugie, kto czyta komentarze tu publikowane wie, że większy spadek cen był oczekiwany. Precyzyjne określenie daty wystąpienia korekty było trudne i jeszcze na początku tego tygodnia przypuszczałem, że będzie ona miała miejsce najwcześniej po pierwszej turze wyborów. Wygląda na to, że pojawiła się ona nieco wcześniej. Tak czy inaczej sama korekta jest tylko kolejną przesłanką, by sądzić, że zbliżamy się powoli do końca hossy. Rosnąca zmienność cen jest tego kolejnym sygnałem.
Mimo wszystko nie sądzę, byśmy szczyt hossy mieli już za sobą. Zmiana kierunku trendu to proces, który może trwać tygodniami. Prognozowanie, o ile w ogóle efektywnie możliwe, jest w tym okresie szczególnie trudne. Mimo wszystko pewne sytuacje muszą zajść. Dziś rynek jest przestraszony i to jest, paradoksalnie, świetne podłoże do skokowego polepszenia nastrojów.