Wczorajsza przecena doprowadziła WIG20 do poziomu 2293,2 pkt, co oznacza, że w trendzie spadkowym zapoczątkowanym 4 października osiągnęliśmy nowy dołek. Korekta przekroczyła już granicę 10% i osiągnęła pierwsze istotne wsparcie. Tworzą je wierzchołki z początku sierpnia. Dodatkowo wykres indeksu znalazł się na poziomie 38-proc. zniesienia ostatniej fali wzrostowej. To wskazuje, że już dziś rozpoczniemy odreagowanie. Tylko czy indeks da radę ponownie wspiąć się na szczyty hossy? Tego bym w tym momencie nie przesądzał, ale nawet takiego scenariusza nie sposób wykluczyć. Styl, w jakim będzie przebiegać odreagowanie, więcej powie nam o sile rynku.
Przeciwko przemawiają istotne sygnały sprzedaży, które dopuszczają nawet zakończenie hossy. Na przykład niezgodne ze scenariuszem lokalnej korekty jest zachowanie RSI. Wskaźnik nie zdołał utrzymać się powyżej poziomu równowagi i po zbudowaniu głowy z ramionami i negatywnej dywergencji wygenerował silny sygnał sprzedaży. Można by zadać pytanie, dlaczego sytuacja nie może się rozegrać według podobnego scenariusza jak na początku 2005 roku, kiedy po 13-proc. korekcie zapoczątkowaliśmy nową falę hossy. Otóż wydaje się, że tym razem nie pozwoli na to poziom stóp procentowych za oceanem, a raczej presja, jaką na te stopy wywiera inflacja. Uważam, że czas działa na niekorzyść naszego rynku.
Dość prosta metoda pomiaru ruchu spadkowego, polegająca na odmierzeniu od linii trendu w dół odległości, jaka dzieliła wykres indeksu na od linii trendu na szczycie ostatniego wzrostu (3 października) wskazuje, że WIG20 dotrze w tej fali wyprzedaży w okolice 2200 pkt. Tutaj znajduje się 50-proc. zniesienie ostatniego wzrostu. Rodzi się wątpliwość, czy w tym momencie rentowność amerykańskich obligacji nie będzie już zbyt wysoka, żeby marzyć o powrocie do hossy. Dlaczego mielibyśmy do niej wracać? Bo szczyt zbudowany na początku października ukształtował się przy zbyt dużym poziomie pesymizmu, żeby można było mówić o definitywnym zwrocie.