W ostatnim czasie pojawiło się w obiegu kilka słów kluczy, bez których niemal nie można się poruszać, omawiając bieżące wydarzenia makro. W zasadzie używanie ich nie powinno specjalnie dziwić, bowiem dobrze pokazują pewne specyficzne zależności. Zastanawiające jest, że spodobały się (a w zasadzie weszły do użycia na masową skalę) dopiero ostatnio. Jednym z owych słów kluczy jest "baza". Zrobiło ono szczególną karierę w opisie tendencji procesów inflacyjnych. W innych bowiem rejonach obserwacji i badań makroekonomicznych zbyt często przekonywaliśmy się, że nadmierne zaufanie w "odreagowywanie" bazy sprzed roku prowadzić może na manowce.
Spektakularnym sukcesem "podejścia bazowego" był spadek rocznego wskaźnika inflacji od kwietnia do lipca 2005, czyli równo w rok po pojawianiu się kolejnych szoków cenowych okresu okołoakcesyjnego. Wypada przypomnieć tamtą niespodziankę. Rozpoczęło się na dobre w kwietniu 2004 r. od impulsu zwanego "cukrowym". Po nim przyszedł maj ze znaczącą korektą cen materiałów budowlanych. W czerwcu i lipcu natomiast ceny podbijały lawinowe podwyżki mięsa oraz olejów i tłuszczów. Mniej spektakularny wpływ na ceny konsumenckie miały też inne towary i usługi - choćby wyroby tytoniowe. Szacunki skali owych dodatkowych impulsów dla wskaźnika cen ogółem wahały się od 2 do 2,5 pkt proc. W większości zmiany cen miały jednak charakter jednorazowy. Doświadczyliśmy więc albo swoistego rodzaju wyrównania poziomów cen (patrz mięso, oleje i tłuszcze, ale również cukier czy mleko w proszku), albo jednorazowej zmiany związanej z podniesieniem wysokości podatków pośrednich (patrz materiały budowlane czy wyroby tytoniowe). Oczywiście, kiedy widocznymi stały się skutki owych zmian, nie było pewności, na ile mają one charakter jednorazowy, a na ile stanowią początek nieprzyjemnej tendencji. Kiedy jednak kolejne miesiące nie przynosiły powtórki (roczny wskaźnik inflacji choć na podwyższonym poziomie pozostawał stabilny), niemal pewne stało się, że w momencie wejścia w echo okresu okołoakcesyjnego roczny wskaźnik cen bardzo szybko zacznie spadać. Tak też i było. Kiedy jeszcze w marcu 2005 r. inflacja w ujęciu rocznym wynosiła 3,4%, to w lipcu uległa obniżeniu do zaledwie 1,3%.
Z efektami bazowymi jeszcze przez jakiś czas nie będziemy się żegnać. Tyle że przyjdzie nam nieco zmienić przyzwyczajenia i "wysoką bazę oraz spadki inflacji" zastąpimy "bazą niską i wzrostem inflacji".
Ciekawe rzeczy będą się bowiem działy w I kwartale 2006 r. Wypada przypomnieć, że I kwartał roku wcześniejszego do góry nogami wywrócił wszelkie scenariusze kreślone dla przebiegu procesów inflacyjnych. Inflacja wszak miała wzrosnąć - głównie ze względu na pojawienie się silnego wzrostu cen mieszkań. Do pojawienia się styczniowych danych powszechnie przyjmowano, że w pierwszym kwartale zanotowany zostanie wzrost rocznego wskaźnika inflacji o około 0,5 pkt proc. w stosunku do danych z grudnia. Tymczasem wskaźnik marcowy okazał się o 1 pkt niższy od grudniowego. Dokładnie też o 1 pkt proc. przebieg inflacji był niższy od typowego. No cóż, handlowcy do tej pory bardzo "skurczowo" reagują zapytani o koniunkturę z pierwszych miesięcy roku. Zazwyczaj poziom obrotów, mający miejsce bezpośrednio po świętach i Nowym Roku, określany jest dość obrazowo "dno" lub "plaża". W bardziej ciężkich przypadkach mówi się o "koniunkturze pod zdechłym Azorkiem". Tym razem wzmiankowany Azorek miał się naprawdę bardzo źle. Wystarczy tu wskazać anormalne spadki cen w grupie żywność (wszak przednówek to raczej okres systematycznego podwyższania cen), czy absolutnie rekordową skalę posezonowych obniżek cen w grupie odzież i obuwie.
Skoro tak, to wystarczy, by pierwszy kwartał 2006 r. okazał się najbardziej zwyczajny i roczny wskaźnik inflacji wzrośnie dość wydajnie, gubiąc z łańcucha kolejne miesiące nadzwyczaj niskie (sprzed roku). Jeśliby więc 2005 r. zamknął się w grudniu inflacją rzędu 1,5-1,6%, to w marcu 2006 r. wskaźnik roczny oscylować może wokół 2,5%. Oczywiście, wzrost inflacji niczym przyjemnym nie jest. Z drugiej jednak strony, obserwując go w pierwszych miesiącach roku 2006, nie dajmy ponieść się emocjom, że znów przed nami okres wzmożonej dynamiki cen i "że koniecznie ktoś powinien coś z tym zrobić".