Początek nowego roku powinien stać pod znakiem kontynuacji trwającej od wiosny poprawy koniunktury gospodarczej zarówno w kraju, jak i na świecie. Jeśli chodzi o nasz kraj, to opóźnione pozytywne oddziaływanie spadku stóp procentowych (zakończonego we wrześniu), wzrostu realnej dynamiki podaży pieniądza oraz silnego osłabienia tempa aprecjacji złotego (od marca) są spójne z dobrą koniunkturą w przemyśle.
Jeśli chodzi o świat, to zarówno strefa euro, jak i Japonia kończą obecny rok przy bardzo silnej poprawie nastrojów gospodarczych, co sugeruje dalsze przyspieszenie ożywienia gospodarczego. Powyższe sugeruje, że "pierwsze półrocze" na rynkach akcji nie powinno należeć do najgorszych (odwrotnie dla rynków obligacji w krajach rozwiniętych). Wyjątkiem w tym optymistycznym obrazie są Stany Zjednoczone, gdzie wiele sygnałów świadczy o bliskości znaczącego spowolnienia. Dołek cyklu 40-tygodniowego wypada na rynkach akcji w okolicach lutego, więc początek roku na Wall Street może być słaby. Jeśli rentowność długich obligacji skarbowych w USA pozostanie na niezmienionym poziomie (4,5% dla 10-latek), to następna styczniowa podwyżka stóp Fed doprowadzi do pojawienia się "odwróconej" krzywej rentowności, co stanowi dosyć niezawodny przepis na znaczące spowolnienie gospodarcze lub kryzys finansowy. W październiku 2006 r. wypada dołek niezawodnego 4-letniego "cyklu prezydenckiego", co powoduje, że przyszły rok per saldo powinien być podobny do takich lat, jak 2002, 1998 czy 1994. Co więcej, jeśli brać za wzorzec 1987 rok, to styczniowa zmiana na stanowisku szefa Fed może być interpretowana jako sygnał ostrzegawczy dla rynków akcji. Greenspan został przewodniczącym Fed 2 czerwca 1987, a więc na 4 miesiące przed spektakularnym tąpnięciem na Wall Street. "Druga połowa roku" powinna więc stać pod znakiem bessy na rynkach akcji (i zapewne hossy na rynkach obligacji). Głównym problemem stojącym przed aktywnymi inwestorami będzie ustalenie dokładnej daty końca pierwszej "połowy roku" i początku "drugiej"