Reklama

Potop szwedzki na giełdzie

Publikacja: 24.12.2005 05:45

Z Mikołajem Habitem,

wiceprezesem Próchnika

i Ganta

oraz pełnomocnikiem

Elżbiety Sjoeblom,

Reklama
Reklama

znaczącego akcjonariusza

kilku giełdowych firm,

rozmawia Krzysztof Jedlak

Czy Elżbieta Sjoeblom istnieje?

Tak, istnieje, istnieje.

Jak wygląda, ile ma lat, co robi?

Reklama
Reklama

To bardzo skromna osoba, która prowadzi normalny tryb życia. Na pewno nie pokazuje za bardzo swojego majątku.

A to jest duży majątek?

Można go oszacować, biorąc pod uwagę jej giełdowe inwestycje.

Jak to? Cały majątek ulokowała na giełdzie?

Zdecydowaną większość. Tak, zdecydowana większość została zaangażowana do gry na giełdzie.

Tylko na naszej giełdzie?

Reklama
Reklama

Tak, na naszej giełdzie. Pani Sjoeblom działa za pośrednictwem pełnomocników. Na przykład ja jestem pełnomocnikiem do spraw relacji inwestorskich.

Pani Sjoeblom to młoda osoba?

Ma pięćdziesiąt, pięćdziesiąt kilka lat.

Pytam, bo, o ile wiem, nikt z inwestorów ani prezesów spółek, w których jest znaczącym, czasem największym, akcjonariuszem, nie miał okazji jej widzieć. To trochę dziwne, skoro jest aktywnym graczem giełdowym...

Przede wszystkim tych spółek, w których jest obecna jako akcjonariusz, jest kilka i nie mogłaby się nimi sama zajmować. Są wyznaczeni pełnomocnicy do działania w poszczególnych firmach. Pani Elżbieta uważa, że to wystarczy.

Reklama
Reklama

Kim są, poza Panem, pełnomocnicy pani Sjoeblom?

To są ludzie oddelegowani do rad czy do zarządów spółek. Tak jest np. w przypadku Próchnika. Mam na myśli trzy osoby zasiadające w zarządzie (poza Mikołajem Habitem chodzi o prezesa Jacka Pudło i wiceprezesa Krzysztofa Okońskiego - red.). To są też ludzie, którzy obsługują rachunki inwestycyjne pani Elżbiety. Jest trochę tych osób.

Pani Sjoeblom od dawna prowadzi interesy w Polsce?

Na giełdzie chyba od 2003 roku, o ile się nie mylę.

A poza giełdą?

Reklama
Reklama

Poza giełdą też długo.

A jakie to są te pozagiełdowe interesy?

Są bardzo małe. Chodzi o działalność związaną w pewnym sensie z odzieżą. Dlatego Próchnik jest taką perełką w koronie i pani Sjoeblom poświęca tej inwestycji najwięcej uwagi.

Czy pozagiełdowe interesy pani Sjoeblom mają coś wspólnego ze spółkami Gansner czy Scandinavian Transformer?

Nic mi o tym nie wiadomo.

Reklama
Reklama

Pani Sjoeblom jest Szwedką, czy ma tylko szwedzkie nazwisko?

Ma szwedzkie nazwisko.

Jest Polką?

Tak.

I to - jak rozumiem - wyjaśnia, dlaczego mieszka i inwestuje w Polsce i na polskiej giełdzie?

Tak jest.

Ktoś ją do tego namówił, czy sama wpadła na taki pomysł?

Myślę, że sama wpadła na taki pomysł. Zweryfikowała możliwości. Okazało się, że można, więc...

W jaki sposób dorobiła się tego majątku, który inwestuje na GPW?

Jeśli chodzi o pochodzenie jej majątku, to szczerze mówiąc nie wiem, czy mogę się na ten temat wypowiadać. Oczywiście, nie ma żadnych wątpliwości co do jego legalności, ale wątpię, by pani Elżbieta chciała ujawniać takie informacje. Poza tym większość majątku, którym teraz dysponuje, uzyskała dzięki grze na polskiej giełdzie. Bo inwestycje okazały się bardzo skuteczne.

Czyli zaczęła inwestycje w 2003 roku...

...tak jest, w małej skali...

...i pomnożyła majątek?

Tak jest, pomnożyła go znacznie.

W jaki sposób znalazła pełnomocników, menedżerów dla swoich spółek? Czy wcześniej z nimi współpracowała? Część to są, zdaje się, osoby z doświadczeniem na rynku kapitałowym.

To było tak, że znała kogoś, kto ją przy okazji namówił "na giełdę", a ten ktoś znał kogoś innego. I tak dalej, i tak dalej. Czyli było tak, jak to zwykle bywa.

A kto ją na tę giełdę namówił?

Nie byłem to ja.

A kto? Wiceprezes Próchnika Krzysztof Okoński (z dużym doświadczeniem na rynku kapitałowym) czy ktoś inny?

No, powiedzmy: towarzystwo pana Okońskiego.

Pan mówi po szwedzku?

Tak, oczywiście.

A czy to, że Pan mówi po szwedzku i że sPrzez pięć lat pracował Pan w Ministerstwie Finansów. Zajmował się Pan środkami pomocowymi UE i polityką zagraniczną?

Tak.

Czy te doświadczenia mogą się przydać Próchnikowi i innym spółkom ze stajni pani Sjoeblom?

Tak. Taką mam nadzieję. W przypadku Próchnika już zabiegamy o środki pomocowe. Mam też bogate doświadczenie, jeśli chodzi o kwestie międzynarodowe, co będzie bardzo istotne w przypadku rozwoju Próchnika za granicą. To doświadczenie obejmuje kluczowe dla nas rynki wschodnie. Pracowałem kiedyś przez rok w mołdawskiej firmie transportu lotniczego.

Renan Aircompany?

Tak, to dosyć duża firma, która miała rozległe kontakty na Wschodzie, w Rosji i na Ukrainie. Poza tym - skoro mówimy o moich kompetencjach - prowadziłem prywatne doradztwo, strategiczne, marketingowe. To się teraz wszystko przydaje.

Giełdowe Próchnik, Gant, Budopol Wrocław, Kruk i notowana na CeTO Mewa to spółki, w których pojawiła się pani Sjoeblom. Czy ma jeszcze jakieś inne giełdowe lokaty?

Są planowane. Oczywiście, nie mogę zdradzić szczegółów. Samo pojawienie się pani Sjoeblom w jakiejś spółce budzi euforię rynku, więc i informacja o planach mogłaby wywołać niepotrzebne zawirowanie.

Czyli na razie na rachunkach ma akcje tylko tych firm, które wymieniłem.

Tak jest.

Ile jest tych rachunków?

Chyba kilka. Ale ja się tym bezpośrednio nie zajmuję, więc nie mogę podać konkretnej liczby.

A dlaczego jest ich kilka?

A wie pan, że nie wiem. Zapewne ze względów technicznych. Być może potrzebny był jakiś rachunek w jednym biurze, inny w innym. Ja się naprawdę bezpośrednio samymi inwestycjami giełdowymi nie zajmuję. Nawet nie mam czasu zobaczyć, jak to wygląda.

Od pewnego czasu Próchnik inwestuje w kontrakty terminowe na WIG20 i w akcje notowane na giełdzie. Przeznaczył na to 1,8 mln zł. Jakie akcje kupował i kupuje?

Nie mogę zdradzić, bo ujawnienie tej informacji spowodowałoby wzrost kursu tych firm. To było tak: mieliśmy zapłacić zaległe pieniądze ZUS-owi - 5 mln zł - ale udało nam się wynegocjować restrukturyzację zadłużenia. 2,5 mln zł spłacamy w ratach. Dzięki temu dysponujemy wolnymi środkami. Część angażujemy teraz w przejęcie Pabii Fashion, więc nasze inwestycje giełdowe się zmniejszają. Spłata kolejnych zobowiązań wobec ZUS-u powoduje dalsze ograniczanie zaangażowania na giełdzie. Nie mamy dużych pakietów akcji. Portfel jest zróżnicowany.

Czy w portfelu akcyjnym...

...nie mogę powiedzieć, co w nim jest.

...jest Gant, Budopol, Kruk?

Nie mogę tego skomentować.

I nie zarobiliście na spekulacjach dotyczących ewentualnego przejęcia przez Próchnika od Kruka firmy DCG i jej salonów odzieżowych Deni Cler?

Nie, nie. Chodziło nam w giełdowych inwestycjach tylko o to, by osiągnąć stopę zwrotu lepszą niż w przypadku lokat bankowych. To nie jest i nie będzie nigdy nasza główna działalność.

Zarobiliście na kontraktach. A na akcjach?

Też.

Ile w sumie wynoszą zyski z wszystkich inwestycji?

Podajemy to.

Podaliście na koniec listopada, a mamy koniec grudnia.

Myślę, że stopa zwrotu się nie zmieniła. To było troszeczkę powyżej 20% w ciągu trzech miesięcy.

Dlaczego pani Sjoeblom zaproponowała KPWiG przedstawienie danych o swoich rachunkach inwestycyjnych i historii operacji giełdowych. Czy ktoś zasugerował, że może być odpowiedzialna za zawirowania kursu Ganta, jakie nastąpiły po jej pojawieniu się w akcjonariacie i które bada Komisja?

Media sugerowały. Śledzimy też bardzo intensywnie fora internetowe. I tam też się pojawiały takie opinie. Chodziło po prostu o to, żeby te plotki ukrócić.

Zauważyłem, że się Pan włącza do dyskusji internetowych.

Tak, rzeczywiście pojawiam się na forach, w tym na liście PARKIETU. Dyskutujemy bezpośrednio z inwestorami. Uważamy, że plotki łatwo się rozchodzą, często ze szkodą dla spółki i akcjonariuszy. A my chcemy, żeby inwestorzy mieli bezpośredni dostęp do informacji. I mogli weryfikować pogłoski. Jak sobie "przetworzą" informacje, które od nas otrzymują, to już ich sprawa. Tak więc śledzimy opinie, jakie się pojawiają na rynku. Do tego, jak mówiłem, doszły sugestie prasowe, że pani Elżbieta mogła manipulować kursem Ganta. Zdajemy sobie sprawę, że procedury trwają długo. I chcieliśmy przyspieszyć wyjaśnienie sprawy. Żeby szybko stało się jasne, że nic w tej sprawie nie ma.

Komisja skorzystała z oferty?

Musiałbym zapytać. Na pewno przedstawiliśmy jej dane dotyczące rachunków. Wydruk z historią operacji giełdowych to była niezła sterta papierów. Nie wiem, czy to zostało, czy dopiero zostanie wysłane do Komisji.

Ta sterta oznacza, że pani Sjoeblom dokonywała bardzo wielu operacji?

Tak. Choć o tym, że tyle się tego nazbierało, decyduje też charakter wydruku. Inaczej się tego po prostu nie dało wydrukować.

Ale trzeba mieć co drukować.

Też, to prawda.

Czyli bardzo aktywnie gra na giełdzie?

Tak, owszem.

A nie sądzi Pan, że przypuszczenia o manipulacji kursem Ganta pojawiły się nie bez powodu. Przypomnę: pani Sjoeblom poinformowała w lutym 2004 roku o zakupie 650 tys. akcji Próchnika i przekroczeniu progu 5% głosów na WZA. W efekcie kurs po raz pierwszy od kilku latach skoczył do ponad 1 zł z 0,8 zł. Inwestorzy ucieszyli się, że pojawił się pierwszy znaczący udziałowiec. A kiedy po miesiącu notowania - głównie z powodu jej obecności w firmie - podrosły do 2,2 zł, a nawet 2,5 zł, pani Sjoeblom poinformowała o sprzedaży wszystkich papierów. Inwestorzy mogli nabrać nieufności do takiego gracza.

Być może tak. Jeśli chodzi o tamten okres, to mogę powiedzieć, że samo wejście inwestora nie uzdrowiłoby spółki. Jedyna szansa tkwiła, oprócz emisji, w redukcji zobowiązań. I to potem się stało. Pani Elżbieta kupiła wierzytelności od banku i zamieniła je na akcje Próchnika. To od razu odciążyło spółkę.

Ale musiała pospiesznie sprzedawać w tym celu akcje Próchnika?

No, może nie wszystkie...

Zrealizowała w ciągu miesiąca zysk w wysokości pewnie stu - stu kilkudziesięciu procent.

Zysk był duży, nie ukrywam. Ale samo jej wejście do akcjonariatu naprawdę nie gwarantowało sukcesu Próchnikowi. Spółka tonęła i trzeba było szukać innych sposobów na jej ratowanie.

Ale wycofanie się z akcjonariatu w ekspresowym tempie po wywołaniu wzrostu notowań też firmie nie pomogło.

Były jeszcze inne czynniki, które o tym zadecydowały. Ponowne pojawienie się pani Elżbiety jako największego akcjonariusza jest dowodem na to, że ostatecznie nie było to zaangażowanie krótkofalowe, ale długoterminowe.

A co Pan sądzi o teorii, że w praktyce pani Sjoeblom nie sprzedała tych 650 tys. akcji, tylko "przeparkowała" je do zaprzyjaźnionych podmiotów?

Nie, nic takiego nie miało miejsca. Wystarczy przeanalizować listy obecności na WZA. Widać z nich, że po sprzedaży przez panią Sjoeblom akcji na walnych nie pojawiał się nikt, kto miałby z nią jakiś związek.

Skoro wspomnieliśmy o konwersji wierzytelności: pani Sjoeblom kupiła wierzytelność już po tym, jak sprzedała wszystkie akcje Próchnika. Skąd mogła mieć pewność, że dojdzie do zamiany wierzytelności na papiery nowej emisji?

Jeszcze zanim sprzedała akcje, dokonała zmian w radzie nadzorczej i zarządzie spółki.

Ale o konwersji zadecydować musiało WZA.

Tak, musiało zadecydować walne.

A więc obsadzenie rady nadzorczej i zarządu nie wystarczyło, by mieć pewność, że do operacji dojdzie.

Tak, ale akcjonariat był na tyle rozdrobniony, że nawet niewielki pakiet wystarczał do podjęcia odpowiednich uchwał. Jeżeli zaś w dniu WZA pani Elżbieta nie miała żadnych akcji, to i tak nie było to przeszkodą. Na zgromadzeniach praktycznie nikt się wtedy nie pojawiał, a te osoby, które się pojawiały, były za konwersją.

Wie Pan za ile pani Sjoeblom kupiła wierzytelność od BPH?

Tak. Za 1,3 mln zł lub 1,35 mln zł.

Czyli zapłaciła 1,35 mln zł za wierzytelność opiewającą na 2,73 mln zł, którą skonwertowała na 5,5 mln akcji. Teraz te papiery są warte około 7 mln zł Pogratulować.

No, cóż. Nie może tych akcji sprzedać. I nie sprzeda. Bo, jak mówiłem, jej zaangażowanie jest długofalowe.

Poza akcjami otrzymanymi w wyniku konwersji wierzytelności oficjalnie nie ma innych papierów spółki. Nie obejmowała walorów w poprzedniej, towarzyszącej konwersji, publicznej ofercie dla akcjonariuszy. Czyli na rynkowych warunkach w Próchnika nie inwestowała?

Mogę powiedzieć, że rozważa zwiększenie zaangażowania w Próchniku, ale w tej chwili są bardzo duże wahania kursu. Nie chciałaby tego robić w taki sposób, który rynek mógłby niewłaściwie odebrać. Do tej pory było tak: jak zarząd podawał komunikaty wskazujące, że w Próchniku jest źle, to inwestorzy myśleli, że jest dobrze, a zarząd coś wie. Jeżeli teraz podajemy pozytywne raporty, to sądzą, że windujemy kurs do góry. I tak to działa. Więc ostatnio pojawiają się opinie na rynku, że zwalamy kurs - bo tak to się chyba w gwarze giełdowej nazywa - żeby pani Elżbieta mogła tanio kupić akcje. To jest o tyle śmieszne, że podobnie sądzą instytucje.

A skąd Pan wie, że tak uważają?

Powiedzmy, że z sondowania sytuacji. To jest naprawdę śmieszne. Dla nas komunikat pani Elżbiety, że ona gwarantuje objęcie nowej emisji, objęcie tych akcji, których nie kupią inni inwestorzy, był dobrą wiadomością. Bo chodziło w nim o to, że główny inwestor popiera działania zarządu i jeżeli emisja nie całkiem się uda, to obejmie akcje. A rynek pojmuje to tak, że ona chce zgarnąć jak najwięcej praw poboru, jak najwięcej akcji, żeby mogła sama zawładnąć Próchnikiem i sama zjeść ten tort. To - tak na marginesie - w sumie pozytywna dla nas cenzurka. Świadczy o tym, że ludzie są jednak przekonani, że w tej firmie będzie dobrze. Bo skoro się boją, że pani Elżbieta chce sama wszystko zgarnąć, to znaczy, że chcieliby w tym uczestniczyć.

Ostatnia oferta 30 mln akcji była realizowana w ramach prawa poboru. Teraz w grę wchodzi emisja 45 mln akcji - również dla akcjonariuszy. Ani tamta oferta nie była, ani ta nie będzie sprzedawana po cenie rynkowej, ale po nominale - 50 groszy. Cena równa rynkowej byłaby chyba dobrym sposobem na zweryfikowanie wartości spółki. Dlaczego jest znacznie niższa?

Dobre pytanie. Na pewno następną emisję będziemy robili na warunkach rynkowych. I to będzie okazja do weryfikacji.

A myślicie o takiej emisji?

W przyszłości pomyślimy. Na pewno nie w ciągu najbliższego roku. Kiedy? To będzie zależało od tempa rozwoju spółki, od naszych możliwości skonsumowania tego, co już mamy i realizacji tych pomysłów, które przygotowaliśmy - mam na myśli zagospodarowanie Pabii Fashion czy rozwój na Wschodzie. Zobaczymy, czy potem pojawi się potrzeba dokapitalizowania. Jeśli tak i jeśli będziemy mieć nowe pomysły, ujmiemy je w ramy emisji.

Wróćmy do pytania, dlaczego teraz cena nie jest rynkowa.

Z racji dużych wahań kursu. Trzeba też pamiętać, że opublikowaliśmy dobre wyniki za III kwartał, ale to były pierwsze dobre wyniki od wielu lat. Inwestorzy, w tym fundusze inwestycyjne - a z kilkoma się spotkałem - wstępnie deklarują zainteresowanie spółką. Ale wszyscy czekają na kilka dobrych kwartałów i konsekwentną poprawę rezultatów.

Chodzi więc o to, żeby to wszystko, co się dzieje w spółce, uwiarygodnić. Część inwestorów nie ma jeszcze do spółki zaufania. I ich kusimy niższą od rynkowej ceną.

Gant również szykuje emisję. Czy pani Sjoeblom też weźmie w niej udział?

Z tego, co wiem - tak. Choć to będzie zależało od stopnia realizacji pomysłów zarządu. Na pewno nie zmniejszy zaangażowania.

Ale to znaczy, że musi objąć nowe akcje.

Chciałem powiedzieć, że na pewno nie sprzeda tych akcji, które ma. A czy i ile nowych obejmie, to jest już kwestia współpracy z obecnymi akcjonariuszami i zarządem.

Ile mogą ją kosztować inwestycje w nowe akcje Ganta i Próchnika? Próchnik chce wyemitować papiery za 22 mln zł, Gant za około 7 mln zł...

Jeśli chodzi o Próchnika, przeprowadziliśmy rozmowy z kilkoma prywatnymi inwestorami o objęciu przez nich akcji. Zadeklarowali już chęć zakupu bardzo dużej części emisji.

Są już akcjonariuszami spółki?

Nie.

A przecież emisja jest dla akcjonariuszy. Czyli wcześniej musieliby kupić na giełdzie prawa poboru.

Albo już je mają, albo je kupią. Tego nie wiem.

Jakim cudem mogą je mieć, skoro nie są akcjonariuszami, a prawa poboru nie są przedmiotem obrotu?

Chciałem powiedzieć, że my nie wiemy, czy są akcjonariuszami, czy nie. Mogą mieć poniżej 5% kapitału.

Co to za inwestorzy?

To inwestorzy prywatni, którzy lokują w różne spółki.

Sami ich znaleźliście, czy się zgłosili do spółki?

Niektórych znaleźliśmy, a część się zgłosiła.

A jak ich znaleźliście?

Tak samo, jak pani Elżbieta znalazła ludzi do Próchnika i innych firm. Zawsze się toczy z kimś jakieś rozmowy. Przy okazji wypłynęło, że Próchnik robi emisję, a z drugiej strony pojawiło się zainteresowanie.

Pani Sjoeblom będzie miała dość gotówki, żeby uczestniczyć w ofertach Ganta i Próchnika, czy będzie musiała zredukować zaangażowanie na giełdzie?

Myślę, że wystarczy jej gotówki. Ale to zależy też od wielkości puli, którą będzie musiała objąć. Choć nie - będzie miała dość gotówki.

Pomysł na Próchnika jest jasny: ma szyć odzież i rozwijać sieć sprzedaży. Gant ma zrezygnować z kantorów i pójść w deweloperkę. A to podobno ryzykowny biznes.

Dużo się ostatnio pisze, że deweloperom bardzo dobrze się powodzi.

Ale na deweloperkę trzeba chyba mieć dużo pieniędzy. A emisja Ganta ma wartość kilku milionów złotych.

To emisja na wkład własny spółki w projekty deweloperskie, na resztę będzie brany kredyt.

I te środki wystarczą?

Na chwilę obecną tak, w przyszłości na pewno nie.

Więc w przyszłości będzie kolejna emisja?

Nie wykluczamy tego.

A jaki jest pomysł na Budopol Wrocław?

Pomysł na Budopol Wrocław jest dyskutowany teraz z Budopolem Wrocław, więc nie mogę się na ten temat wypowiadać.

A co z niewielkimi pakietami Kruka, Mewy?

To są inwestycje pasywne. Chcę podkreślić: nie wykluczamy, że to się zmieni. Ale aktualnie taki właśnie mają charakter. Drugi rodzaj inwestycji to takie, w przypadku których oczekuje od zarządu pomysłów albo się je zarządowi przedstawia do realizacji. I to jest przykład Ganta. A jeszcze inny rodzaj lokaty to taka, w przypadku której przejmuje się pełną kontrolę nad spółką. I ma się swój zarząd i swoją radę. To jest przykład Próchnika.

Czy pani Sjoeblom kupiła pakiet Kruka w związku z zamiarem przejęcia Deni Cler przez Próchnika?

Nie. Ten pakiet został kupiony dawno. Zanim pojawił się pomysł przejęcia Deni Cler.

Odkupienie Deni Cler było podstawowym celem nowej emisji Próchnika. Czy w takim razie jest sens ją robić, a przynajmniej - tak dużą?

Tak, jest sens. Docelowo chcemy przecież mieć tyle samo sklepów, ile mielibyśmy, gdyby nam się udało kupić Deni Cler. Tyle tylko, że będą miały inny charakter. Chcieliśmy przejąć nie tylko sieć, ale i markę, co się nie udało. W tej sytuacji otworzymy porównywalną, jeżeli nie większą, liczbę salonów, ale pod własnym brandem. Zrobimy to trochę taniej, niż gdybyśmy kupili Deni Cler, ale nie będziemy mieli znanej damskiej marki (Próchnik szyje głównie odzież męską - red.).

A chcecie wypromować jakąś damską markę?

Tak. Albo będzie to Próchnik, albo Pabia. Prowadzimy badania, pod jakim brandem nasza odzież damska będzie się lepiej sprzedawać. Jeśli się okaże, że "pod Pabią", to będzie sens inwestować w znak towarowy. Dlatego rozmawiamy z syndykiem Pabii. Kupiona przez nas Pabia Fashion nie ma prawa do tej marki. Może się nią posługiwać jeszcze przez pół roku. A jeśli się okaże, że sprzedaż lepiej idzie pod logo Próchnika, to zmienimy brand salonów Pabii Fashion.

Ile oferowaliście za Deni Cler?

Zapytaliśmy Kruka, czy możemy ujawnić tę informację. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Nie mogę więc nic powiedzieć. Nie chcemy wybiegać przed szereg, czy psuć interesów Krukowi, który może być przecież w przyszłości zainteresowany sprzedażą Deni Cler.

Czy szacunki PARKIETU, że górny pułap oferty to 15 mln zł, bardzo różnią się od rzeczywistości?

Cóż, za wiele się pan nie pomylił.

Ile pieniędzy z ostatniej lutowej emisji zostało w kasie Próchnika?

Wolnych środków? Trochę ponad milion.

Resztę z 15 mln zł wydaliście na spłatę zobowiązań i rozwój sieci?

I "zatowarowanie" sklepów.

Teraz całość wpływów z emisji - 22 mln zł - pójdzie na rozbudowę sieci?

Praktycznie tak.

W ostatnich dniach kupiliście za 2,5 mln zł Pabię Fashion, czyli co konkretnie? Jakie aktywa i jakie zobowiązania?

Kupiliśmy firmę, która ma sieć sprzedaży, czyli głównie umowy najmu, i która prowadzi normalną działalność operacyjną.

I pewnie ma jakieś zobowiązania.

Tak, ma zobowiązania.

A co przeważa: majątek czy długi?

Firma potrzebuje dokapitalizowania. Ale niezbyt dużego. Część rzeczy brała w komis. Wiele więc zależy od tego, ile towaru uda się jej sprzedać i ile będzie mogła zwrócić. A więc, ile środków odzyska.

Bierzecie pod uwagę kolejne przejęcia?

Bierzemy. Prowadzimy rozmowy, ale w moim odczuciu nie należy oczekiwać jakichś przełomowych decyzji. Potrzebne są nam sklepy w tych miejscach, gdzie nie mamy salonów Próchnika czy Pabii Fashion. A to oznacza, że najchętniej kupowalibyśmy tylko fragmenty obcych sieci. Jeżeli będą chętni...

Jak docelowo wyglądać ma sieć handlowa Próchnika, ten przysłowiowy już w branży klucz do sukcesu?

60 sklepów firmowych w Polsce, ze 30 na Wschodzie i około 40 placówek franczyzowych w kraju.

Teraz macie siedem własnych placówek handlowych plus ponad 20 Pabii Fashion. Kiedy cel zostanie osiągnięty?

Myślę, że do końca 2007 r.

Ekspansja na Wschodzie oznacza sklepy w Rosji i na Ukrainie?

Tak, ale przede wszystkim na Ukrainie, gdzie nasze wyroby - jak obserwujemy - po prostu się lepiej sprzedają. I gdzie perspektywy są dla nas lepsze. Pierwszy ukraiński (i pierwszy zagraniczny - red.) salon uruchomimy na początku przyszłego roku.

Zarząd skomentował wyniki Próchnika za III kwartał jako przełomowe, ale była w tych wynikach strata ze sprzedaży, strata operacyjna i zysk netto dzięki inwestycjom na giełdzie. Więc gdzie tu przełom?

Przełom jest, jeśli chodzi o przychody.

No, ale inwestorom chodzi chyba raczej o zyski.

Oczywiście, ale proszę pamiętać, że ponosimy bardzo duże koszty związane z rozwojem, co wpływa na wyniki. Nawet jeśli w przyszłym roku uda nam się zwielokrotnić przychody, to i tak zyski nie będą jeszcze tak duże, jak przy optymalnym ułożeniu biznesu. Rozwój kosztuje.

Planujecie w przyszłym roku zwielokrotnienie przychodów i wypracowanie zysku?

Tak.

A w tym roku?

Obroty wyniosą około 10 mln zł. Czy będzie zysk, czy strata - nie chcę prognozować. Jest jeszcze kilka czynników, które mogą wpłynąć na ostateczny rezultat. Jeśli chodzi o przyszły rok, szacujemy, że przychody wyniosą około 40 mln zł, a zysk trochę powyżej miliona. To są raczej konserwatywne założenia. Jest przecież sporo niewiadomych. Widać na przykładzie naszego prospektu, że nie wszystko zależy od nas (KPWiG zgłosiła uwagi do dokumentu, co opóźnia ofertę publiczną - red.). I że takie niezależne od nas czynniki mogą nasz rozwój opóźnić.

Ile ma Pan akcji Próchnika?

Niewiele, chyba około 40 tys.

Po ile Pan je kupował?

O ile pamiętam, to chyba po około 72 grosze.

A inni menedżerowie?

Pan Okoński ma chyba drobny pakiet, jakieś 8 tysięcy.

A jak to wygląda w przypadku innych firm giełdowych - Ganta, Budopolu, Kruka?

Nie, nie mamy akcji.

Czyli nie jesteście beneficjentami wzrostu notowań wywołanego pojawieniem się pani Sjoeblom w tych spółkach?

Nie, nie. I bardzo stanowczo dementujemy takie pogłoski. Wiemy, że pojawiają się na rynku opinie, że zarząd skupuje akcje pokątnie i chce na tym zarobić. Są nieprawdziwe.

Kiedy pani Sjoeblom porozmawia za pośrednictwem PARKIETU z inwestorami giełdowymi, z naszymi Czytelnikami?

Nie wiem. Myślę, że nie będzie rozmawiać. Proszę to zrozumieć: bardzo sobie ceni prywatność. Naprawdę. Prowadzi bardzo normalne i bardzo skromne życie. Unika rozgłosu. Dlatego zatrudniła osoby, które odpowiadają za konkretne projekty. Dzięki temu ona ma spokój. I na tym jej zależy. Ale oczywiście, przekażę, jej pana prośbę.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama