Niemal zawsze zaczyna się tak samo. Zarówno w wielu spółkach giełdowych, jak i w organizmie o nazwie Rzeczpospolita Polska, nowe władze zaczynają od przekonywania, że ich pojawienie się to zwiastun przełomu. Ale ponieważ w realnym świecie przełomy owe funkcjonują głównie w sloganach i obietnicach, politycy wszystkich możliwych opcji twórczo rozwijają sztukę socjotechniki.
Tak więc, żeby zapewnić sobie jakiś sukces, trzeba zadbać o stworzenie wrażenia, że "nowi", w spadku po "starych", zastali niemal spaloną ziemię. Czerwoni, czarni, zieloni - wszyscy lubują się w "raportach otwarcia", które mają udowodnić, jak jest źle. Zaletą tak negatywnego wizerunku punktu wyjścia jest to, że potem, nawet w sumie nieistotne decyzje i ich efekty łatwiej jest sprzedawać medialnie jako epokowe wydarzenie. To z kolei pozwala na kontynuację politycznej ściemy, czarowanie elektoratu i bezczelne robienie ludziom wody z mózgu.
Takie początkowe oczyszczanie przedpola i zamazywanie obrazu rzeczywistości sprawia, że część wyborców jest już niemal pewna, iż samo tylko przyjście nowej ekipy politycznej uratowało kraj przed jakimś kataklizmem. Ale w końcu trzeba coś zacząć robić. Niestety, politycy nie przejawiają chęci do tego, by własną popularność wykorzystywać do dokonywania faktycznie pozytywnych zmian. Zastępowanie potrzebnych decyzji w gospodarce ruchami pozornymi to technika stosowana praktycznie przez większość ekip rządzących w III RP. I żeby było śmieszniej, niektóre sztuczki są wykorzystywane wielokrotnie przez różne opcje polityczne, a ludzie wciąż się dają na to nabierać. Przykładowe obiecanki-cacanki to np.: "miliony mieszkań" (konkretna liczba lokali zmienia się w zależności od widzimisię, za przeproszeniem, strategów partyjnych), "podwyżki płac" często w postaci doraźnych wyrównań dla pielęgniarek czy innych górników, "tanie paliwo rolnicze", "biopaliwa", a ostatnio - "becikowe".
A co?! Niech się ludziska cieszą. Politycy mogą chwalić się, że oto wypełniają obietnice wyborcze i robią obywatelom dobrze. A to, że nie rozwiązuje to w istocie żadnych problemów i na dłuższą metę może co najwyżej zaszkodzić owym obywatelom, to już zdaje się mało kogo obchodzić.
Przegłosowane właśnie "becikowe" to znakomity przykład ruchu pozornego. Problemu demograficznego i niechęci do mnożenia się narodu nie rozwiązuje przecież w żadnym stopniu. Ale w świadomości wielu wyborców może być odebrane jako pozytyw. Kasa do ręki to w końcu konkret. Tymczasem brutalna prawda jest taka, że sytuację rodzin i ich skłonność do wychowywania kolejnych potomków może poprawić wyłącznie długotrwały, stabilny wzrost gospodarczy przy zachowaniu dyscypliny finansów publicznych i niskiej, stabilnej inflacji. Bo to powinno w sposób strukturalny, a nie sezonowy, zwiększać liczbę miejsc pracy. I dawać ludziom więcej nadziei na utrzymanie źródła dochodów, nadziei często kluczowej przy decyzji o poszerzaniu rodziny.