Jak się okazuje, pod względem tempa wzrostu produktu krajowego brutto wejście do strefy euro nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Jeśli wziąć pod uwagę dynamikę PKB w poszczególnych kwartałach od początku 1995 r. do połowy 2005 r., okazuje się, że średnio, w okresie poprzedzającym przyjęcie euro, w niemal wszystkich krajach unii walutowej była ona wyższa niż po inauguracji wspólnej waluty. Wyjątkiem jest Grecja, która do euro przystąpiła później.
Ale PKB rósł wolniej również w krajach pozostających poza strefą euro: Wielkiej Brytanii i Szwecji. Wniosek: spowolnienie wzrostu po starcie strefy euro to efekt gorszej koniunktury na całym świecie, a nie problemów, jakie wywołuje euro.
Wspólna waluta może jednak wzmocnić problemy ze wzrostem. Tak było w przypadku Portugalii, której PKB jeszcze pod koniec 2000 r. rósł w tempie przekraczającym 4%. Potem zaś były tylko dwa kwartały, w których tempo wzrostu przekroczyło 2%. Co się stało? Kraj miał zbyt duży deficyt budżetowy. Gdy doszło do globalnego spowolnienia, deficyt przekroczył 3% PKB, a więc trzeba było go ciąć - to zaś przyczyniło się najpierw do spowolnienia wzrostu, a potem do recesji "pełną gębą".
Dynamika konsumpcji spadła
Główną zaletą euro są niskie stopy procentowe. Pod tym względem te kraje, które zdecydowały się na wejście do unii walutowej, wyraźnie skorzystały. Wystarczy przywołać przykład Wlk. Brytanii, która pod koniec III kw. miała długoterminowe stopy procentowe przekraczające 4%. Tymczasem we wszystkich krajach strefy euro rentowność długoterminowych obligacji rządowych przekraczała o kilka punktów bazowych 3%. Jakie znaczenie ma taka różnica? W długim terminie przy takiej samej wielkości długu publicznego wydatki na jego obsługę w Grecji (ma euro) byłyby o jedną czwartą mniejsze niż w znacznie bogatszej Wielkiej Brytanii, która wybrała pozostawanie poza strefą wspólnej waluty. Dla porównania - w końcu 1992 r. rentowność brytyjskich obligacji wynosiła 8,3%, a papierów greckich - 24,5%.