Na wykresie S&P 500 widoczne jest niekorzystne oddziaływanie negatywnej dywergencji na dziennym MACD. Dopóki jednak notowania nie wrócą poniżej grudniowej górki przy 1273 pkt, trzeba ją traktować jako element wskazujący na trudności ze zwyżką. Dopiero z chwilą spadku poniżej 1273 pkt będzie można mówić o tym, że zachowanie MACD zwiastuje spadek. W połowie wczorajszej sesji indeks od grudniowego szczytu dzieliło jeszcze 9 pkt. Odległość jest zatem już niewielka i testu tego kluczowego poziomu można oczekiwać w najbliższych dniach.

We wtorek to nie amerykańskie giełdy przede wszystkim przyciągały uwagę inwestorów. Nastroje od rana były słabe za sprawą wyraźnej przeceny na japońskim parkiecie. Jego sytuacja jest w obecnej chwili bardzo ciekawa, bo formowaniu ostatniego szczytu towarzyszyło dotarcie rocznej zmiany tego indeksu w okolice 50%. Od początku lat 90. był to piąty przypadek, gdy roczna zmiana osiągnęła tak wysoki poziom. We wszystkich czterech poprzednich oznaczało to w najlepszym razie zakończenie na dłuższy czas zwyżki. W trzech pierwszych w niedługim czasie sprowadzało na japoński rynek solidną przecenę. Z tej reguły wyłamała się jedynie sytuacja z 2004 r. Na podstawie tej analogii można zakładać, że okolice 16 tys. pkt wyznaczą przynajmniej na kilka miesięcy kres możliwości byków.

Czy w razie trafności takiej hipotezy byłoby to jakimś sygnałem dla innych rynków? Zbieżność notowań na japońskiej giełdzie i rynkach wschodzących w drugiej połowie 2005 r. i w pierwszych dniach tego roku sugerowałaby pogorszenie klimatu również wokół emerging markets, szczególnie tych azjatyckich. Gdzie szukać powiązań? Na rynku ropy. Wzrost jej ceny do najwyższego poziomu od 4 miesięcy może ponownie pobudzić stonowane w ostatnich tygodniach obawy o inflację i globalny poziom stóp procentowych. Narażone na to są przede wszystkim kraje azjatyckie, będące importerami netto paliw. Podwyżki kosztów pieniądza w kolejnych krajach podnosiłyby atrakcyjność bezpiecznych lokat i odciągało kapitał od bardziej ryzykownych rynków.