Kupowanie akcji w środę było niczym więcej jak polowaniem na odbicie. Dzień później zachowanie rynku miało pokazać, czy są inwestorzy skłonni powiększać portfel akcji z perspektywą wzrostów na nowe szczyty hossy w kolejnych tygodniach. Kurz wtorkowej wyprzedaży już opadł, a otoczenie zachęcało do zakupów - zarówno ze strony zachodnich parkietów, jak i choćby informacji o przelewach znaczących środków do OFE. Przeszkadzała tylko polityka, ale silny rynek wielokrotnie ten temat ignorował.
Niestety, rynek silny nie jest. Z wysokiego otwarcia ruszyliśmy do osuwania i cała sesja bardziej przypomina dystrybucję akcji przez spóźnionych na wtorkową wyprzedaż niż zbieranie sił do kolejnego ataku na szczyty. Samo to nie oznacza, że zaraz ruszymy do znacznie głębszych spadków. Po prostu musimy chwilę odpocząć po ostatnim ochłodzeniu nastrojów. Nawet jeśli w przyszłym tygodniu, po odsunięciu groźby przedterminowych wyborów, mamy realizować scenariusz dalszego odreagowania, to odrabianie strat po "piątkowym tąpnięciu" w USA (20 stycznia) pokazuje, jak w optymistycznym scenariuszu może to wyglądać. Mocniejsze wzrosty za Oceanem mieliśmy dopiero po trzech sesjach konsolidacji w pobliżu dołków wyprzedaży. Wczoraj na GPW była dopiero druga sesja uspokojenia nastrojów.
Wydarzeniem dnia dla wszystkich światowych giełd będzie dzisiaj raport z amerykańskiego rynku pracy. Warto zwrócić uwagę, że choć z wyników aukcji organizowanej przez Goldman Sachs i CME (prognozowanie danych) wynika, że mediana prognoz (264 tys. nowych miejsc pracy) jest zgodna z oczekiwaniami ekonomistów, to jednak zdecydowana większość zabezpiecza się na wypadek lepszych danych. Taki układ sprawia, że rynek bardziej przejmie się rozczarowaniem, niż ucieszy z przekroczenia prognoz.