Wzrost cen w końcówce piątkowej sesji pozwalał przypuszczać, że te dobre nastroje będą także w przewadze i na początku tygodnia. Tym bardziej, że na rynku amerykańskim nie wydarzyło się nic, co mogłoby przestraszyć kupujących. Faktycznie, wczorajsze notowania rozpoczęły się zwyżką cen. Pojawiła się luka hossy.

Ta została szybko zamknięta, bo jeszcze przed godziną 10.00. Zamknięcie to zostało dokonane przez szybki spadek cen, który jednak nie przerodził się w poważniejszą przecenę. Dość szybko ceny powróciły do okolic piątkowego zamknięcia i przebywały na tym poziomie niemal do 14.00. Tuż przed tą godziną nastąpił mały wyskok, dzięki któremu zanotowane zostały nowe rekordy sesji. Wzrost jednak był zbyt mizerny. Nie dość, że towarzyszył mu niski obrót, to jeszcze spadała liczba otwartych pozycji. Taki układ nie wróżył niczego dobrego i stawiał kontynuację tej zwyżki pod dużym znakiem zapytania. Tym bardziej, że dzięki niej ceny zbliżyły się do szczytu hossy. Chyba niewielu graczy zakładało, że tak marną zwyżką popyt jest w stanie wygenerować wiarygodny sygnał.

Do końca sesji bykom udało się utrzymać przewagę. Trudno powiedzieć, czy to jest budowanie pozycji wyjściowej do poważniejszego ataku. Ostatnie sesje, mimo wzrostowego kierunku ruchu, pozostawiają wiele do życzenia. Zwyżka idzie powoli i nie można tu mówić o poważnych zakupach. Mniejszy obrót jest już truizmem. Zwróćmy uwagę, że na kasowym królowała tylko jedna spółka - Pekao. Miała tylko lekkie wsparcie od PKO BP. To dość mało jak na atak na szczyty. Obawiam się, że nawet jeśli dojdzie do takiego ataku już dziś, to będzie to próba wymuszona, a nie wynikająca z panujących na rynku nastrojów. To zdają się widzieć gracze, bo baza na terminowym jest mała i wynosi ledwie kilkanaście punktów.