New York Stock Exchange, która dotąd działała jako swego rodzaju "spółdzielnia" maklerów, przechodzi historyczne zmiany. Za parę dni będzie już spółką publiczną. To akcjonariusze będą ją rozliczać z wyników finansowych. Musi więc ciąć koszty.
Pierwsze od pięciu lat redukcje etatów dotknęły w zeszłym roku m.in. giełdowego krawca i szatniarzy. Pracę straciła też część posłańców, którzy roznosili papiery między maklerami.
Krawiec miał pracownię ściana w ścianę z fryzjerem, w piwnicach pod głównym parkietem New York Stock Exchange. - Chciałbym zostać dłużej, ale czuję, że giełdzie niepotrzebny już fryzjer - mówi agencji Bloomberga 75-letni Gentilella. "Jerry the Barber", bo taki przydomek ma u bywalców parkietu, złożył wprawdzie wniosek o przedłużenie kontraktu, nie doczekał się jednak odpowiedzi. Najprawdopodobniej 30 czerwca, po 43 latach, będzie musiał zwinąć interes.
Gentilellę regularnie odwiedzał - mimo że strzygł się gdzie indziej - poprzedni szef NYSE Richard Grasso, który został usunięty ze stanowiska w 2003 r. Fryzjerski salonik był obowiązkowym przystankiem, gdy giełdę odwiedzali prominenci z Waszyngtonu. A nowy prezes John Thain? - Czasem przechodzi obok i wtedy rzuci "dzień dobry? - mówi Gentilella.
Gentilella od 1968 r. nie płacił za wynajem zakładu, a ponadto dostawał od giełdy dotację - ostatnio 24 tys. USD rocznie. Narzeka, że ma coraz mniej klientów - średnio tylko siedmiu dziennie. Strzyżenie u "Jerry?ego" kosztuje 8 USD.