Reforma podatkowa, będąca jednym z głównych wątków kampanii wyborczej, miała być kluczowym elementem zmian w polityce gospodarczej nowego rządu. Pomysły podatkowe PiS z okresu kampanii wydawały się bardzo atrakcyjne. Sztandarową propozycją było przejście z trzech obecnych do dwóch nowych stawek PIT na poziomie 18% i 32% (docelowo 18% i 28%). Jednocześnie zakładano ustalenie progu dla drugiej z tych stawek na poziomie zbliżonym do 100 tys. zł rocznego dochodu. W sumie składało się to na podatek o charakterze prawie liniowym, ponieważ przytłaczająca większość Polaków (sięgająca 99%) płaciłaby niski podatek dochodowy według stawki 18%.
Co ważne, chociaż nowy rząd zwracał uwagę, że nie uda mu się przeprowadzić zmian w systemie podatkowym już od 2006 r., to deklarował, że wdrożenie reformy nastąpi z początkiem 2007 r. Z punktu widzenia ekonomisty, a nie tylko przeciętnego podatnika, była to całkiem nieodległa, piękna perspektywa. Można było bowiem liczyć, że znaczne obniżenie podatków od dochodów osobistych korzystnie wpłynie na zawartość portfela Kowalskiego i ożywi całą gospodarkę. Silną deklarację obniżenia podatków można było odbierać jako zapowiedź poważnych zmian po stronie wydatkowej budżetu, bo zakładając, że nie można sobie pozwolić na zwiększenie deficytu budżetowego podatki można obniżyć tylko wtedy, gdy zmniejsza się wydatki. W sumie były nadzieje na podjęcie przez rząd próby rozwiązania problemów polskich finansów publicznych. Ostatnie wydarzenia sugerują jednak, że były to płonne nadzieje.
Nowa minister finansów Zyta Gilowska przedstawiła niedawno propozycje zmian w systemie podatkowym. Nie uwzględniały one jednak zmian stawek PIT. Zamiast tego Ministerstwo Finansów zamierza wprowadzić szereg innych korzystnych zmian podatkowych, przede wszystkim obniżyć składkę rentową (z 13 do 10%). Według ministerstwa, obniżka składek na ubezpieczenia społeczne będzie lepiej niż redukcja stawek PIT służyć zmniejszeniu kosztów pracy. Tłumaczenie to wydaje mi się nieco dziwne. Podatek od dochodów osobistych jest w takim samym stopniu kosztem pracy jak składki rentowe. Negatywny wpływ na rynek pracy mają zresztą nie tylko obciążenie podatkowe i parapodatkowe płac, ale również obciążenie podatkowe konsumpcji. Niszczące dla rynku pracy jest wszystko co zwiększa tzw. klin podatkowy, a jest nim wszystko pomiędzy ogólną kwotą płaconą przez pracodawcę w związku z zatrudnieniem pracownika, a efektywną konsumpcją tego pracownika (uwzględniającą zarówno płacę "na rękę", jak i obciążenia podatkowe konsumpcji, a więc głównie podatek VAT). W rezultacie, rząd nie powinien się zastanawiać nad tym, jakie podatki lub składki obniżać. Ważne, żeby którekolwiek z nich obniżał. Warto jednak pamiętać, że obniżanie podatków dochodowych wydaje się najskuteczniejsze, jeśli chodzi o możliwość uzyskania pozytywnych efektów psychologicznych, polegających na wzroście optymizmu gospodarstw domowych, szczególnie jeśli oznacza to spełnienie obietnic wyborczych.
Obniżka składek rentownych byłaby bardzo korzystna, podobnie każda inna forma redukcji kosztów pracy. Planowany rozmiar tej redukcji w skali całej gospodarki nie wydaje się jednak satysfakcjonujący. Redukcja składki ma zmniejszyć obciążenia płac o ponad 6 mld zł, a pozostałe zmiany o blisko 5 mld zł. Pomijając fakt, że na razie nie są znane źródła finansowania tych zmian, to łączna kwota redukcji klina podatkowego w wyniku ich realizacji nie przekroczyłaby skali wzrostu wydatków budżetowych w 2006 r. Można więc stwierdzić, że tzw. reforma finansów publicznych, polegająca na ograniczeniu wydatków publicznych i redukcji podatków, drepcze w miejscu. W jednym z ostatnich wywiadów minister finansów stwierdziła, że w 2007 r. chciałaby obniżyć relację wydatków publicznych do PKB o 0,8-1% PKB. Przy szybko rosnącym PKB nie jest to specjalnie ambitny cel, a mimo to szefowa resortu finansów wyraziła wątpliwość, czy uda się jej go zrealizować. Jeśli w dość skromne ograniczenia wydatków (które są niezbędne, aby stała się możliwa trwała redukcja obciążeń podatkowych) wątpi nawet minister finansów, to przeciętnemu podatnikowi trudno mieć nadzieję na redukcję jego obciążeń wobec państwa.
Bank Zachodni WBK