Od dwóch miesięcy warszawska giełda tkwi de facto w trendzie bocznym. Po gwałtownej fali wzrostowej z grudnia i początku stycznia entuzjazm kupujących wyraźnie osłabł, i to pomimo rekordowych napływów kapitału zarówno do krajowych funduszy inwestycyjnych (już kiedyś widziałem żółtodziobów przyciągniętych na giełdę historycznymi wynikami...), jak i globalnych funduszy dedykowanych do działania na "emerging markets" - choć w ich przypadku cała para poszła, jak się wydaje, w Rosję, kosztem rynków środkowoeuropejskich.
Nic dziwnego, że padają opinie o dystrybucji, która miałaby zachodzić na GPW, o przesuwaniu papierów z rąk "smart money" do portfeli mniej doświadczonych inwestorów. To prawda, że obraz techniczny nie napawa wielkim optymizmem. W lutym WIG20 nie zdołał ustanowić nowego maksimum, a WIG szybko obsunął się po jego osiągnięciu. Teraz rynek zmaga się z poziomami domniemanej linii szyi w formacji głowy i ramion, balansuje też na linii rocznego trendu wzrostowego. Z technicznego punktu widzenia żaden istotny sygnał sprzedaży nie został na razie wygenerowany.
Oceniając aktualną sytuację nie można abstrahować od czynników globalnych. W ostatnich miesiącach słyszy się czasem opinie, jakoby wzrost znaczenia "real money" inwestujących na "emerging markets" stanowił swoistą szczepionkę uodparniającą koniunkturę giełdową na zmiany poziomu amerykańskich stóp procentowych. Ta grupa inwestorów (zalicza się do nich m.in. fundusze emerytalne, ale też i wzbogaconych na naftowej hossie inwestorów arabskich) miałaby w niewielkim stopniu przejmować się dolarowymi stopami procentowymi, w odróżnieniu od dotychczas dominujących funduszy o bardziej spekulacyjnym nastawieniu, nierzadko lewarowanych, a więc w bezpośredni sposób uzależniających poziom ponoszonego ryzyka od wysokości stóp procentowych Fedu. Cóż, nie chciałbym być złym prorokiem, ale z dotychczasowej historii wiadomo, że inwestorzy przestają wierzyć w działanie starych, sprawdzonych schematów i zasad akurat w końcowej fazie hossy...