Presja, jaką na rynki wschodzące wywierają czynniki zewnętrzne, trochę zelżała. Mam na myśli przede wszystkim zatrzymanie trendu wzrostowego na wykresie rentowności 10-letnich amerykańskich obligacji oraz zwyżkę notowań surowcowego indeksu CRB, a w szczególności ropy naftowej. Jeszcze w poniedziałek dochodowość papierów amerykańskich otarła się o 4,8 proc., ale po raz trzeci w ostatnich dniach nie udało się granicy tej pokonać. Można zatem oczekiwać, że korekta trendu wzrostowego przedłuży się. O tym, że zagrożenie wynikające z coraz wyższej rentowności papierów amerykańskich traktowane jest poważnie nie tylko w odniesieniu do rynków wschodzących, świadczy zachowanie indeksu Dow Jones, wyliczanego dla spółek użyteczności publicznej. Indeks kontynuuje największą od początku 2003 roku korektę trendu wzrostowego - pod koniec zeszłego roku stracił ponad 10 proc. wartości i od początku października 2005 nie zanotował nowego szczytu. Sugeruje to, że część inwestorów zamiast uważanych za "bezpieczne" akcji spółek użyteczności publicznej, wybiera papiery dłużne amerykańskiego rządu. Z kolei zwyżka CRB oddala perspektywę wybicia dołem z konsolidacji, co umocniłoby średnioterminowy trend spadkowy na rynku surowców. Dla rynków wschodzących byłaby to wiadomość bardzo niedobra.
W tych warunkach spadek WIG20 o ponad 1 proc. i umocnienie indeksu poniżej dolnego ograniczenia konsolidacji jest sygnałem sugerującym słabość naszego rynku. W dużym stopniu szansę na odreagowanie zabierają nam działania rządu i posłów, zmierzające w kierunku powołania bankowej komisji śledczej. Nie sposób nie zauważyć, że największymi przegranymi wczorajszej sesji są banki. A to przecież właśnie z akcji tego sektora składają się w znacznym stopniu aktywa funduszy emerytalnych i inwestycyjnych, w które zaangażowana jest znaczna część społeczeństwa. Spadki kursów akcji banków biją praktycznie w nas wszystkich. Nie będzie specjalne ryzykowne stwierdzenie, że to będzie bardzo kosztowna dla Polaków kadencja Sejmu.