Atmosfera wokół rynków wschodzących wciąż nie ulega poprawie. Znaczący spadek rentowności 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych, który odracza kontynuację długoterminowego trendu wzrostowego, nie wszędzie znalazł pozytywne odbicie w kursach. Owszem, wzrosły notowania np. w Warszawie czy Budapeszcie, ale już Brazylia rozpoczęła dzień na minusie. Informacją równoważącą spadek rentowności okazała się bowiem ankieta przeprowadzona przez agencję Bloomberg, w której większość uczestników spodziewa się, że do czerwca Fed podniesie podstawową stopę procentową do poziomu 5 proc. Zdaniem ankietowanych, podstawowa stopa znajdzie się powyżej rentowności 10-letnich obligacji. Taka sytuacja po 1971 roku zdarzyła się sześć razy i pięć razy zapowiadała recesję w amerykańskiej gospodarce. Ostatni raz zdarzyła się w maju 2000 roku i wyprzedzała recesję o 12 miesięcy. Trudno sobie wyobrazić, żeby spowolnienie w amerykańskiej gospodarce nie odbiło się negatywnie na cenach surowców, a następnie na poziomach kursów na rynkach wschodzących. Spadek indeksu Bovespa poniżej 36,5 tys. pkt, równoznaczne z wybiciem dołem z formacji głowy i ramion, byłby ostrzeżeniem przed takim właśnie scenariuszem. Informacji o tym, jak postrzegane są rynki wschodzące dostarczyć powinna obserwacja meksykańskiego IPC, który po wybiciu z kilkumiesięcznej konsolidacji znalazł się na najwyższym poziomie w historii. Teraz indeks wykonuje ruch powrotny w kierunku przełamanego oporu i jest to dość newralgiczny moment.

Ponad 1 proc. stracił każdy z trzech najważniejszych europejskich indeksów. Niemiecki DAX nie dał rady przekroczyć w pierwszym podejściu granicy 6 tys. punktów i wciąż nie może oddalić się od 62-proc. zniesienia bessy zakończonej w marcu 2003 roku. Do analogicznej granicy dotarł także francuski CAC-40, natomiast brytyjski FT-SE 100 przekroczył ją już na przełomie 2005 i 2006 roku. Sugeruje to, że podobnie jak w 2000 roku zobaczymy niebawem FT-SE 100 na poziomie 7 tys. punktów.