Sesja rozstrzygnęła się na rynku surowców. Trochę zaskakujący to termin, bo za oceanem czwartkowe notowania miedzi i ropy nie dawały aż tak wyraźnego impulsu. Skala i dynamika wcześniejszych wzrostów, szczególnie na rynku miedzi, była jednak tak duża, że presja narastała od wielu dni.
Ale jeśli spojrzymy na rynek z dalszej perspektywy, to sytuacja nie jest dla byków tak komfortowa, jak wskazywać będą nagłówki po piątkowych rekordach WIG20. Trzeba bowiem zauważyć, że żaden z indeksów regionu nie przekroczył jeszcze szczytów hossy z końcówki lutego. Rentowność amerykańskich obligacji przez prawie ponad miesiąc wzrosła 0,34%. Złoty osłabił się w stosunku do dolara o 8 gr., a wobec euro o 19 gr. Czy to oznacza bezpodstawne wzrosty? Tego nie powiedziałem. W tym samym czasie kurs miedzi wzrósł o ponad 20% (!), a cena ropy (choć tutaj nie ma tak prostego przełożenia na wyniki) o ponad 10%. Bez wątpienia wynagradzanie spółek surowcowych jest zasadne, ale należy pamiętać, że dobrodziejstwo hossy (rośnie wszystko) opartej tylko na cenach surowców stanie się w pewnym momencie byczym przekleństwem. Nie byłoby takiego niebezpieczeństwa, gdyby nie fakt oderwania od rynków regionu.
To ostatnie wyraźnie wskazuje, że za zakupami stoi teraz tylko rodzimy kapitał. Sytuacja o tyle ciekawa, że marcowy napływ środków do TFI wcale nie rzuca na kolana. Ciężko będzie kontynuować hossę jedynie opierając się na krajowych instytucjach. Powrót korelacji z rynkami regionu zainicjować może pierwsza niedzielna tura wyborów na Węgrzech. O niczym jeszcze nie rozstrzygnie, ale może znacząco wpłynąć na nastroje zachodniego kapitału w regionie. Byki powinny trzymać kciuki za FIDESZ i deklarację reformy fiskalnej mogącą przywrócić Węgry na szybką ścieżkę wiodącą do EMU.