Nieudane próby pokonania 3 tysięcy punktów nie wynikają z psychologicznego znaczenia tej wartości. W zwyżce WIG20 bierze po prostu udział bardzo wąskie grono spółek. O ile nie ma wątpliwości, że sam indeks wybił się górą ze średnioterminowego trendu horyzontalnego, to nie zrobiło tego jeszcze wiele firm, które wchodzą w jego skład. Wciąż w tendencji bocznej, mimo przełamania krótkoterminowej linii trendu spadkowego, znajduje się PKN, podobnie jak Lotos. Trudno powiedzieć, żeby w trendzie wzrostowym w krótkim i średnim terminie znajdowały się także walory PKO BP, Pekao, TP, BPH, BZ WBK i TVN, żeby ograniczyć się tylko do papierów z pierwszej dziesiątki indeksu dużych spółek. Zwyżka ogranicza się praktycznie tylko do KGHM. Wczoraj dołączył także PGNiG, wybijając się z trwającej niemal pół roku konsolidacji. W przypadku wcześniej wymienionych spółek sytuacja wcale nie musi się rozstrzygnąć po myśli posiadaczy akcji. Dlatego wczorajszą sesję potraktowałbym raczej jako część ruchu powrotnego do zakończonej w zeszłym tygodniu konsolidacji i wstrzymałbym się z jednoznacznymi ocenami, czy oto rozpoczęliśmy już nową falę hossy w segmencie dużych spółek. Wybicie wcale nie musi się utrzymać.
Nawet analiza wykresu, mimo osiągnięcia kolejnego historycznego maksimum na zamknięcie sesji, pozostawia trochę miejsca na wątpliwości. Przede wszystkim wczorajsze obroty były niższe niż we wtorek. To nie był zatem zbyt mocny rekord. To może też być tylko ruch powrotny do wzrostowej linii trendu, poprowadzonej po dołkach z 27 października i 16 lutego, stanowiącej drugi element wachlarza. W tym wypadku byłby on nie tyle może zapowiedzią jakiejś istotnej zmiany trendu, co sygnalizowałby utrzymanie się jeszcze przez pewien czas w średnioterminowej konsolidacji. Zwróciłbym też uwagę, że po zbudowaniu szczytu 25 stycznia doświadczyliśmy już pewnej "nieregularności" trendu bocznego. W połowie marca WIG20 wybił się dołem, ale poniżej dolnej granicy konsolidacji utrzymał się tylko przez kilka dni.