Niewiele mieliśmy sesji w historii GPW, gdy w czasie jednego dnia baza wahała się o więcej niż 50 pkt. Na rozpoczęcie handlu akcjami ujemna wartość przekraczała 60 pkt, by już w połowie notowań stopnieć do wartości jednocyfrowych. To tylko kolejny sygnał, że instrumentem bazowym dla kontraktów przestały być akcje wchodzące w skład WIG20, a stały się surowce, gdyż to właśnie kontynuacja wzrostów miedzi i ropy najmocniej zachęcała większość inwestorów do oczekiwania na zakończenie osuwania się WIG20.
Takich giełdowych paradoksów jest więcej, bo bardzo zaskakujące dane przyniósł ostatni raport o przepływie globalnych kapitałów. Wprawdzie mówię teraz o danych zebranych tylko do 12 kwietnia, ale i tak warto je przytoczyć w kontekście rosnącej rentowności obligacji w USA, która w tym czasie zbliżała się do bariery 5 proc. (10-latki), a na ostatnich sesjach wyraźnie ją przekroczyła. Jak powszechnie wiadomo, rosnąca rentowność negatywnie wpływa na inwestycje w aktywa emerging markets i przyciąga kapitał z powrotem do USA.
Okazuje się, że w tygodniu do 12 kwietnia fundusze akcji inwestujące na rynkach wschodzących dostały prawie 2 mld USD zwiększając wartość aktywów powierzonych w zarządzanie w tym roku do 26 mld USD (dane z Emerging Portfolio). Rekordowy napływ kapitału notują też fundusze inwestujące na europejskich rynkach rozwiniętych. W omawianym tygodniu napływ kapitału (1,4 mld USD) był największy od momentu rozpoczęcia zbierania danych. Wszystko to kosztem inwestycji w amerykańskie aktywa. Jak widać, teoria czasem sobie, a praktyka sobie. Nasi inwestorzy nie chcą patrzeć na wartość teoretyczną kontraktów, a globalne fundusze zdają się nie dostrzegać zmian na rynku długu w USA. Wiadomo - wszystkich interesują teraz tylko... surowce.