Wzrost notowań wskazuje na to, że inwestorzy przede wszystkim skupiają się na publikowanych wynikach finansowych za I kwartał. Te dostarczają dobrych wiadomości, więc chętnych do sprzedaży nie ma zbyt wielu. Wygląda na to, że po tym, jak już kilka razy w minionym roku pojawiała się obawa przed spowolnieniem tempa poprawy zysków i zawsze okazywała się przesadzona, teraz inwestorzy wolą poczekać na twarde fakty potwierdzające taką możliwość, a nie działać w oparciu o przypuszczenia.
Czeka nas powtórka
sprzed dwóch lat?
Od końca lutego tego roku notowania w USA wzrosły o 2,4 proc. Zachowanie giełdy w ostatnim miesiącu starego kwartału i pierwszym nowego, czyli w okresie, kiedy inwestorzy w szczególny sposób "żyją" publikacją rezultatów finansowych spółek, nie odbiega od tego, co obserwowaliśmy wcześniej. Od końca listopada 2005 r. do końca stycznia 2006 r. kursy akcji w Stanach Zjednoczonych podniosły się o 2,5 proc., od końca sierpnia do końca października 2005 r. spadły o 1 proc. Większe zmiany notowaliśmy w analogicznych okresach w I połowie 2005 r. Przy równoczesnej zwyżce cen ropy i rentowności długoterminowych obligacji bardziej optymistyczne reakcje na podawane wyniki za I kwartał należałoby uznać za przesadzone.
Wobec tego wyjście S&P 500 ponad górną granicę kanału rosnącego, w jakim indeks porusza się od końca ubiegłego roku, wydaje się mało prawdopodobne. Kłopoty z przekroczeniem tej bariery wyraźnie były widoczne w czwartek. Po wyjściu do nowych szczytów hossy podaż przybrała na sile i nie dopuściła do pokonania oporu. To potwierdzenie jego znaczenia. Sytuacja wydaje się zatem prosta - dopóki indeks nie znajdzie się na koniec sesji ponad 1315 pkt trzeba raczej spodziewać się pogorszenia koniunktury, a w najlepszym przypadku poruszania się w trendzie bocznym.