Dobra koniunktura na warszawskim parkiecie została zakłócona wielką wyprzedażą na czwartkowej sesji mijającego tygodnia. Obarczanie chińskiego banku centralnego winą za przecenę na rynkach światowych to jednak wielka przesada. Wprawdzie podwyżka stóp procentowych przez Chiny była niespodziewana, ale jej skala nie powinna mieć większego wpływu na znaczącą zmianę w popycie Chin na surowce, w tym strategiczną w ostatnich miesiącach miedź. Wygląda więc na to, że jest to typowa psychologiczna zagrywka dużych inwestorów. Dalsze zwyżki mogły doprowadzić do niepożądanej euforii, więc każdy pretekst jest dobry, by schłodzić choć na chwilę rynek.

Czwartkowe ponadmiliardowe obroty na rynku i mocna przecena w Budapeszcie skłaniają do przypuszczeń, że stroną podażową byli mało aktywni w ostatnim czasie inwestorzy zagraniczni. Dalsza przecena staje się więc bardzo prawdopodobna, tym bardziej że przed nami bardzo nielubiany przez posiadaczy akcji miesiąc maj. W myśl powiedzenia "sprzedaj w maju i jedź na wakacje" może wreszcie doczekamy się głębszej przeceny w najbliższym miesiącu. Nie bez powodu piszę "może", gdyż wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak płytki jest nasz rynek. Ciągły napływ pieniędzy do funduszy powoduje, że zarządzający funduszy czy chcą, czy nie chcą, to i tak muszą kupować akcje. Przy braku podaży ze strony zagranicznych inwestorów kursy akcji jest więc łatwo podciągnąć.

Szczytowe wartości indeksów spowodowały, że coraz większa rzesza inwestorów zaczęła zastanawiać się, czy ostatni silny wzrost to już była euforia, czy też nie? Na rynku pojawiają się coraz to nowi inwestorzy, gotowi zbić fortunę. Często nie wiedzą, jakie są typy zleceń na giełdzie, czym zajmują się spółki, w które inwestują, czy spółki mają zysk, ale to ich nie zraża. Nastawienie na sukces i ułańska fantazja sprawiają, że stopę zwrotu z portfela pozazdrościłby im niejeden zarządzający. Morał z tego jest taki, że nie trzeba było uczyć się "tajników gry giełdowej", bo teraz profesjonaliści mają bardzo ciężkie życie.