Bardziej skłonni do wyprzedaży majątku państwowego wydają się Węgrzy. - Rząd potrzebuje pieniędzy na finansowanie deficytu. Dlatego, mimo że w rękach węgierskich władz pozostało już niewiele firm, w najbliższych dwóch latach tempo prywatyzacji nie osłabnie - mówi "Parkietowi" Tamas Vojnitis, ekonomista OTP Banku.
- Państwo może w najbliższym czasie zarobić na prywatyzacji około 400 mln euro, co odpowiadałoby 0,5 proc. węgierskiego PKB - uważa Vojnitis. W pierwszej kolejności można spodziewać się częściowej prywatyzacji Allami Autopalya Kezelo, firmy zarządzającej autostradami, poprzez uplasowanie 20-40 proc. akcji na giełdzie. Rząd liczy, że dzięki temu przekona Eurostat, by wydatki na budowę dróg nie były zaliczane do przekraczającego unijne normy deficytu.
Ostatnią dużą transakcją prywatyzacyjną na Węgrzech była sprzedaż portu lotniczego Ferihegy w Budapeszcie. Przejęła go brytyjska firma BAA, największy na świecie operator tego typu obiektów. Brytyjczycy pod koniec zeszłego roku zapłacili równowartość 1,8 mld euro.
CEZ kością niezgody
- Na zakres prywatyzacji w Czechach wpłynie wynik czerwcowych wyborów - podkreśla Lukas Dufik, analityk z Komercni Banka. Polityków dzieli przede wszystkim sprawa dokończenia prywatyzacji koncernu energetycznego CEZ. Jeszcze niedawno partia ODS nie wydawała się entuzjastką sprzedaży jego akcji. Analityków cieszy, że jej szefowie zmienili zdanie. - To dobra zapowiedę, bo rozwiewa ewentualne wątpliwości - mówi Tomas Gatek, specjalista z biura maklerskiego Patria Finance.
Zdaniem Jana Prochazki, analityka z praskiego biura maklerskiego Cyrrus, na pierwszy ogień pójść powinien 16-proc. pakiet akcji koncernu energetycznego. W ten sposób na giełdzie w Pradze znalazłoby się łącznie 49 proc. papierów. Ze sprzedażą większościowego pakietu Jan Prochazka radzi zaczekać jeszcze ok. dwóch lat. Na giełdę mógłby trafić równolegle z papierami dwóch innych firm: czeskich linii lotniczych oraz poczty.