Jakiś czas temu pozwoliłem sobie napisać komentarz zatytułowany "Ład korporacyjny według Opoczna". Ukazał się przy tekście koleżanki redakcyjnej, w którym wytknęła producentowi płytek próbę ukrycia rzeczywistych zarobków byłego szefa firmy, Sławomira Frąckowiaka (zrezygnował z funkcji w listopadzie).
Przypomnijmy: spółki giełdowe mają obowiązek informować akcjonariuszy o wynagrodzeniach swoich szefów. Niektóre niechętnie się do tego odnoszą (bo czym tu się chwalić, gdy na przykład prezes zarabia krocie, a spółka ledwo wiąże koniec z końcem). Ale jak mus, to mus. Bez wyjątku. No, może nie do końca. Stojąca na straży porządku rynku kapitałowego Komisja Papierów Wartościowych i Giełd może zezwolić spółce na niepodawanie niektórych informacji. Spółka musi mieć jednak niezły argument, aby uzyskać taką zgodę.
W ubiegłym roku udało się to jedynie węgierskiemu koncernowi paliwowemu MOL. Dla innych Komisja pozostała nieubłagana.
Firmy wyciągnęły z tego naukę i w tym roku grzecznie informują o wynagrodzeniach zarządu w przesyłanych systematycznie raportach rocznych. Wszystkie, z wyjątkiem Opoczna, które w marcu przekazało niepełne dane o wynagrodzeniu otrzymanym przez S. Frąckowiaka. Jak nam tłumaczyła spółka, zrobiła to właśnie na prośbę byłego szefa.
Finał tego całego zabiegu był taki, że w końcu producent płytek musiał ujawnić, ile pieniędzy otrzymał były szef. Komisja Papierów Wartościowych i Giełd, co chyba nie zaskoczyło nikogo (no, może poza Opocznem), nakazała spółce uzupełnienie raportu. Wartość wynagrodzenia "rozmnożyła się" z 1,3 miliona do prawie 4,2 miliona złotych.