W latach 2004-2005 bezpośrednie inwestycje zagraniczne we Francji podwoiły się do 40 mld euro. Było to możliwe dzięki stosunkowo niskim kosztom energii, transportu i płac. Zagranica w tym okresie stworzyła ponad 33 tysiące miejsc pracy.
Pod względem wartości inwestycji Francja uplasowała się na czwartym miejscu w świecie po Wielkiej Brytanii, Chinach i Stanach Zjednoczonych. - Po spadku inwestycji zagranicznych na początku dekady poprawa dotyczy także innych państw uprzemysłowionych - zauważa Frederique Sachald z IFRI (Francuski Instytut Stosunków Międzynarodowych). Na świecie inwestycje bezpośrednie wzrosły o 29 proc.
Najwięcej nad Sekwaną inwestują firmy amerykańskie, Niemcy, Brytyjczycy i Szwedzi. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez KPMG, atutem Francji są koszty prowadzenia działalności gospodarczej, zwłaszcza ceny nieruchomości, transportu, energii, siły roboczej. A także podatki.
Minister Christine Lagarde, odpowiedzialna za handel zagraniczny, wychwalała niedawno w Nowym Jorku także inne atuty Francji, jak wydajność czy elastyczność. Rząd od dwóch lat traktuje inwestycje zagraniczne priorytetowo. Zmniejszono podatki cudzoziemcom czasowo pracującym we Francji, zachęca się do przyjazdu naukowców i studentów.
W rezultacie Francja, zwana z racji kształtu granic "sześciokątem", pod tym względem plasuje się w światowej czołówce za Singapurem i Kanadą. Wprawdzie płace pracowników niewykwalifikowanych, z powodu względnie wysokiego poziomu płacy minimalnej (SMIC), uważane są za wyższe niż gdzie indziej, ale Francuzi są bardziej konkurencyjni w innych grupach. Finansiści np. lepiej mają się w Londynie czy Nowym Jorku. Zagranica docenia też miejscowe spółki giełdowe. Pod koniec ubiegłego roku kontrolowała prawie połowę kapitału firm z głównego indeksu CAC40. 20 proc. należało do inwestorów ze strefy euro, 14,6 proc. mieli Amerykanie, zaś 5,8 proc. inwestorzy brytyjscy.