Reklama

Hasło Bena Bernanke: inflacja, głupcze!

Przewodnim hasłem ubiegłego tygodnia była inflacja. Będzie też nim w następnych. Wszystko dzięki ostatnim wypowiedziom szefa zarządu rezerwy federalnej

Publikacja: 12.06.2006 10:53

Poniedziałkowe wystąpienie Bena Bernanke, szefa zarządu rezerwy federalnej (amerykańskiego banku centralnego), było pewnym otrzeźwieniem dla rynku. Oczekiwania co do bardziej gołębiego nastawienia szybko się ulotniły. Jego wydźwięk zmienił także nieco akcenty postrzegania napływających na rynek danych makro. Inflacja zawsze była oczkiem w głowie inwestorów i członków FOMC (Komitet Otwartego Rynku - gremium decydujące o wysokości stóp procentowych w USA). Nie ma się czemu dziwić - spokojna zmiana cen jest jednym z podstawowych celów polityki pieniężnej - domeny banku centralnego. Czasem jedynym celem zapisanym oficjalnie, jak choćby w Polsce. W Stanach nie jest inaczej i decyzje podejmowane przez FOMC głównie mają za zadanie utrzymanie stałego wzrostu i wolnej inflacji. Tu jednak nacisk nie był taki zdecydowanie jednostronny i gdy dochodziło do rozstrzygnięć co do restrykcyjności polityki pieniężnej, brano także pod uwagę jej wpływ na dynamikę wzrostu gospodarczego. Zatem inflacja zawsze jest na pierwszym miejscu, ale gdzieś tam w cieniu rozważane są możliwe skutki, jakie mogą zaistnieć w gospodarce.

Aktywność gospodarcza na drugim miejscu

Wyczulenie FOMC na to, jak decyzje odnośnie do polityki pieniężnej wpłyną na realną gospodarkę, było wszystkim znane. Przejawiało się to zwykle w ocenie napływających danych makro. Wszyscy wiedzą o sytuacjach, gdy publikacje wielkości opisujących poziom aktywności gospodarczej, które okazywały się słabsze od oczekiwań, były przez rynek odbierane pozytywnie. Inwestorzy przypuszczali, że negatywny wpływ restrykcyjnej polityki pieniężnej będzie czynnikiem hamującym dalsze podnoszenie tej restrykcyjności. Rynki w takich sytuacjach zachowywały się "dziwnie", czyli nie według książkowych schematów. Słabsza dynamika produkcji przemysłowej, czy mniejsza liczba nowych miejsc pracy, wydawała się cieszyć inwestorów. Oczywiście było to złudzenie. Nie były to powody do radości, ale raczej wynik przypuszczenia, że negatywny wpływ jastrzębiej polityki pieniężnej na gospodarkę będzie wpływać na zmianę tej polityki.

Wypowiedź szefa Fed Bena Bernanke z poprzedniego poniedziałku (i późniejsze także) nieco zmniejszyła wagę wspomnianego wyczulenia na zmiany zachodzące w realnej sferze gospodarki. Oczywiście decyzje dotyczące wysokości stóp procentowych nie będą podejmowane w oderwaniu od rzeczywistości gospodarczej, ale przypomniane zostało, że najważniejszym zadaniem banku centralnego jest utrzymanie stabilnych cen. Rynek odebrał to jednoznacznie - na razie liczy się inflacja. Na skutki takiego postawienia sprawy nie trzeba było długo czekać. Ceny akcji zaczęły spadać, a dolar zaczął siź umacniać. W jednej chwili okazało się, że słabsze dane z rynku pracy rzeczywiście są słabsze i wcale nie muszą powstrzymać FOMC przed kolejną decyzją o podwyżce stóp procentowych. Tym bardziej że wymowa wypowiedzi Bena Bernanke nie tylko zmieniła akcenty, ale także zwiększyła obawy o wielkość inflacji. To z jego ust padły słowa o wzroście inflacji bazowej w ostatnich miesiącach. To on określił ten wzrost jako "nieoczekiwany". To Ben Bernanke uznał wielkość obecnej inflacji za bliską "górnemu pułapowi zakresu, który wielu ekonomistów, łącznie ze mną, może uznać za zakres stabilnego wzrostu cen". Innymi słowy, ostatnie procesy inflacyjne nadal nie pozwalają na zmniejszenie restrykcyności polityki pieniężnej. Mało tego. Teraz należy odczytywać napływające na rynek dane jako potwierdzenie lub negowanie przekroczenia wspomnianego górnego pułapu.

Rynkowe

Reklama
Reklama

jastrzębie górą

Ta wypowiedź szybko znalazła swoje odzwierciedlenie w oczekiwaniach dotyczących kolejnych podwyżek stóp procentowych. Tydzień wcześniej szansę na kolejne podniesienia stóp procentowych oceniano na znacznie mniej niż 50 proc. Teraz jest to prawie 80 proc. Inna sprawa, że takie wahania pokazują, że nie należy zbyt szybko przywiązywać wagi do takich ocen. Bardziej miarodajne będą oczekiwania tuż przed podejmowaniem decyzji przez FOMC, a na to musimy poczekać do końca miesiąca.

Ten skok oczekiwań na kolejną podwyżkę to także wynik danych makro. W tym tygodniu nie było ich zbyt wiele, ale akurat w piątek poznaliśmy wielkość deficytu bilansu handlowego USA oraz dynamikę cen towarów importowanych. Deficyt okazał się nieco mniejszy od prognoz, co mogłoby spodobać się rynkowi. Mogłoby, gdyby nie wyższy od prognoz wzrost cen importu. Tu już mamy pierwsze echa nastawienia na walkę z inflacją. Można dyskutować, na ile ten czynnik mocno wpływa na presję inflacyjną. Wiadomo bowiem, że wzrost cen importu to też wynik zmian na rynku walutowym, a dokładniej spadku wartości dolara. W komentarzach kilku analityków można przeczytać, że ostatnie umocnienie się dolara wpłynie pozytywnie na zmianę cen importu w przyszłych miesiącach. Oczywiście, zmiany cen importu nie są kluczowym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji o wysokości stóp procentowych, ale potwierdzają istnienie presji inflacyjnej.

PKB a inflacja

Przeciwnicy dalszego zacieśnienia polityki pieniężnej, oprócz argumentu o jego szkodliwości dla wzrostu gospodarczego, przypominają, że gospodarka nie miała jeszcze czasu na pełne zareagowanie na poprzednie podwyżki. Wiadomo jest bowiem, że jest pewne przesunięcie w czasie między impulsem, jakim jest zmiana stóp procentowych, a przystosowaniem się do niego całej gospodarki. Tym samym teraz nie można ocenić, jaki wpływ na zmiany w gospodarce mają poprzednie podwyżki. Kierowanie się bieżącymi danymi może okazać się zgubne. Ta grupa ekonomistów podkreśla, że ślepe patrzenie w wielkość aktualnych zmian może sprawić, że FOMC utraci perspektywę konsekwencji własnych decyzji w dłuższym terminie. Myślę, że te słowa są zbyt mocne. Owszem, gospodarka może nieco zwolnić, ale koszt niedopilnowania inflacji może być zbyt duży.

Relacja tempa wzrostu gospodarczego i wielkości akceptowanej inflacji to stały dylemat polityki gospodarczej. Dotyczy to każdego kraju. Ostatnie dane o dynamice PKB Łotwy zapierają dech w piersiach. Wzrost gospodarczy w I kw. 2006 roku wyniósł tam ponad 13 proc. To najszybciej rozwijający się kraj Unii Europejskiej. Świetnie sobie radzi także Estonia z dynamiką PKB na poziomie 11,6 proc. Aby mieć pełny obraz, trzeba jednak znać inne dane. Podobnie jest ze stopą zwrotu z inwestycji. Sam procent zysku niewiele mówi, jeśli nie wiemy, przy jakim ryzyku został osiągnięty. Tak i w tym wypadku warto obok dynamiki PKB, znać także wielkości inflacji, która pokazuje, jakim kosztem osiągnięto tak dobry wynik. W przypadku Łotwy ceny wzrosły o 6,6 proc. Wynik nadal pozostaje dobry, choć już nie tak rewelacyjny.

Reklama
Reklama

Gospodarce Łotwy może grozić przegrzanie, bo już daje się odczuć spiralę napędzającą wzrost cen. Brak nad tym kontroli może sprowadzić nieszczęście. Inflacja w Estonii wyniosła 4,7 proc. Z drugiej strony, mamy Polskę, gdzie ceny rosną z dynamiką poniżej 1 proc., a wzrost PKB ledwie przekracza 5 proc. Co jest lepsze? Na to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi, bo każda gospodarka jest trochę inna. Jednak trzymanie w ryzach inflacji na dłuższą metę bardziej się opłaca. Poddawanie się naciskom, by sama dynamika wzrostu gospodarczego była wykładnią oceny sytuacji makroekonomicznej, nie jest rozsądne.

Polska asymetria

Podobnie jak poddawanie się jakimkolwiek jednostronnym naciskom. W tym tygodniu nawet fakt trwania mistrzostw świata nie będzie w stanie zdusić dyskusji (jeśli w ogóle można to coś tak nazwać) o wyrzeczeniach, jakich oczekuje premier Zyta Gilowska od swojego środowiska naukowego (niższe koszty uzyskania) oraz jakich nie śmie ona oczekiwać od środowiska górników. Ci ostatni za to oczekują (a właściwie żądają) udziału z zysku, jaki wypracowały kopalnie w ubiegłym roku. Zabawne, że komuś w ogóle przychodzi do głowy taki pomysł. Straty obciążają całe społeczeństwo (dotacje, dofinansowanie, dokapitalizowanie), a zyski tylko dla górników. To było zabawne, a przykre jest to, że oni faktycznie te pieniądze dostaną.

Trochę

techniki

Z punktu widzenia analizy technicznej warszawski

Reklama
Reklama

rynek zakończył tydzień

dokładnie na poziomie wsparcia (wykres 1.).

Już kilkakrotnie wspominałem o jego wadze. Teraz

doszły głosy, że to linia

szyi formacji głowy i ramion. Nie wiem, czy takie podejście jest zasadne, ale nie zmienia to faktu, że zejście pod

Reklama
Reklama

poziom 2700 pkt może

okazać się trwałe. Mówienie wtedy o hossie byłoby

już tylko zaklinaniem

rzeczywistości. Tydzień

zapowiada się w związku z tym ciekawie. Po słabym

Reklama
Reklama

odbiciu (wykres 2.) czeka

nas test wsparcia, a może

nawet jego naruszenie. Od klasy siły podaży

zależy, czy sygnał będzie

wiarygodny. Gdy ewentualnemu dalszemu spadkowi

Reklama
Reklama

cen będzie towarzyszyć

duży obrót, sytuacja posiadaczy długich pozycji może

okazać się bardzo trudna.

Popyt ma ostatnią okazję, by wybronić rynek przed

poważną przeceną. Ostatnio chętnych nie było.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama