Poniedziałkowe wystąpienie Bena Bernanke, szefa zarządu rezerwy federalnej (amerykańskiego banku centralnego), było pewnym otrzeźwieniem dla rynku. Oczekiwania co do bardziej gołębiego nastawienia szybko się ulotniły. Jego wydźwięk zmienił także nieco akcenty postrzegania napływających na rynek danych makro. Inflacja zawsze była oczkiem w głowie inwestorów i członków FOMC (Komitet Otwartego Rynku - gremium decydujące o wysokości stóp procentowych w USA). Nie ma się czemu dziwić - spokojna zmiana cen jest jednym z podstawowych celów polityki pieniężnej - domeny banku centralnego. Czasem jedynym celem zapisanym oficjalnie, jak choćby w Polsce. W Stanach nie jest inaczej i decyzje podejmowane przez FOMC głównie mają za zadanie utrzymanie stałego wzrostu i wolnej inflacji. Tu jednak nacisk nie był taki zdecydowanie jednostronny i gdy dochodziło do rozstrzygnięć co do restrykcyjności polityki pieniężnej, brano także pod uwagę jej wpływ na dynamikę wzrostu gospodarczego. Zatem inflacja zawsze jest na pierwszym miejscu, ale gdzieś tam w cieniu rozważane są możliwe skutki, jakie mogą zaistnieć w gospodarce.
Aktywność gospodarcza na drugim miejscu
Wyczulenie FOMC na to, jak decyzje odnośnie do polityki pieniężnej wpłyną na realną gospodarkę, było wszystkim znane. Przejawiało się to zwykle w ocenie napływających danych makro. Wszyscy wiedzą o sytuacjach, gdy publikacje wielkości opisujących poziom aktywności gospodarczej, które okazywały się słabsze od oczekiwań, były przez rynek odbierane pozytywnie. Inwestorzy przypuszczali, że negatywny wpływ restrykcyjnej polityki pieniężnej będzie czynnikiem hamującym dalsze podnoszenie tej restrykcyjności. Rynki w takich sytuacjach zachowywały się "dziwnie", czyli nie według książkowych schematów. Słabsza dynamika produkcji przemysłowej, czy mniejsza liczba nowych miejsc pracy, wydawała się cieszyć inwestorów. Oczywiście było to złudzenie. Nie były to powody do radości, ale raczej wynik przypuszczenia, że negatywny wpływ jastrzębiej polityki pieniężnej na gospodarkę będzie wpływać na zmianę tej polityki.
Wypowiedź szefa Fed Bena Bernanke z poprzedniego poniedziałku (i późniejsze także) nieco zmniejszyła wagę wspomnianego wyczulenia na zmiany zachodzące w realnej sferze gospodarki. Oczywiście decyzje dotyczące wysokości stóp procentowych nie będą podejmowane w oderwaniu od rzeczywistości gospodarczej, ale przypomniane zostało, że najważniejszym zadaniem banku centralnego jest utrzymanie stabilnych cen. Rynek odebrał to jednoznacznie - na razie liczy się inflacja. Na skutki takiego postawienia sprawy nie trzeba było długo czekać. Ceny akcji zaczęły spadać, a dolar zaczął siź umacniać. W jednej chwili okazało się, że słabsze dane z rynku pracy rzeczywiście są słabsze i wcale nie muszą powstrzymać FOMC przed kolejną decyzją o podwyżce stóp procentowych. Tym bardziej że wymowa wypowiedzi Bena Bernanke nie tylko zmieniła akcenty, ale także zwiększyła obawy o wielkość inflacji. To z jego ust padły słowa o wzroście inflacji bazowej w ostatnich miesiącach. To on określił ten wzrost jako "nieoczekiwany". To Ben Bernanke uznał wielkość obecnej inflacji za bliską "górnemu pułapowi zakresu, który wielu ekonomistów, łącznie ze mną, może uznać za zakres stabilnego wzrostu cen". Innymi słowy, ostatnie procesy inflacyjne nadal nie pozwalają na zmniejszenie restrykcyności polityki pieniężnej. Mało tego. Teraz należy odczytywać napływające na rynek dane jako potwierdzenie lub negowanie przekroczenia wspomnianego górnego pułapu.
Rynkowe