Przed sesją wszystko wydawało się jasne. Mamy wsparcie, którego przebicie mogłoby być uznane za początek bessy. Istotność tego wsparcia wynikała przynajmniej z dwóch przyczyn. Po pierwsze, jego przełamanie to równocześnie zanegowanie całego wiosennego wzrostu cen i przewagi popytu w tym okresie. Po drugie, to równocześnie zejście pod poziom konsolidacji, która była kreślona w pierwszych trzech miesiącach tego roku. Jednym słowem, cały okres od początku roku zostałby przekreślony. Jeśli to nie miałoby być początkiem bessy, to z pewnością mogłoby być podstawą do mówienia o końcu hossy.
Z takim nastawieniem zaczynaliśmy notowania,. które już na samym początku sygnalizowały, że do testu siły byków dojdzie dość szybko. Plusy na amerykańskich kontraktach nie były nam w stanie pomóc. Rynek szybko zszedł pod pozom 2700 pkt. Mieliśmy chwilę odbicia, które jednak nic nie przyniosło. Pojawiła się kolejna fala wyprzedaży, która sprowadziła nas 60 pkt pod poziom wsparcia. Wtedy można już było mówić o jego przełamaniu. W południe obserwowaliśmy próbę odbicia. Źałosną próbę, która faktycznie przybrała formę konsolidacji. To musiało zakończyć się nowymi minimami w końcówce. Kto miał jeszcze nadzieję na zanegowanie spadku, wtedy ją stracił.
Tak jak przed sesją sytuacja wydawała się jasna, tak po sesji też się taka wydaje. Nie oznacza to jednak, że taka faktycznie jest. Zwróćmy uwagę na dwa czynniki. Pierwszym i chyba najważniejszym jest niska wartość obrotu. Sygnał przełamania wsparcia przy niskiej aktywności zwykle jest podejrzany. Nie znaczy to oczywiście, że ma być ignorowany, ale każe utrzymać czujność, bo może okazać się
fałszywy. Tym bardziej że potencjalnie ma to być sygnał
zmieniający panujący na rynku trend w długim terminie.