Spadek amerykańskiego S&P 500 poniżej 1245 pkt., czyli bariery związanej z linią ponad półtorarocznej tendencji zwyżkowej oraz szczytem z lata 2005 r., jest zdarzeniem rozstrzygającym o utrwaleniu spadków za oceanem. Ukształtowana w pierwszych 5 miesiącach tego roku formacja zwyżkującego kanału powinna się okazać wstępem do korekty całego trzyletniego ruchu w górę. To zaś grozi spadkiem w okolice dołka z sierpnia 2004 r. Został uformowany na wysokości 1065 pkt. O poważnych konsekwencjach zdarzeń z ostatnich dni informuje miesięczny MACD, który pierwszy raz od lat wygenerował sygnał sprzedaży. Jest nadzieja, że okaże się ostrzeżeniem jedynie przed przejściowymi silnymi perturbacjami, jak w drugiej połowie 1998 r., ale może też zapowiadać dłuższą dekoniunkturę, jak w pierwszej połowie 2000 r. Wyraźne sygnały zmiany długookresowej tendencji widać również na japońskim parkiecie. Dzienny MACD spadł do najniższego poziomu od początku hossy. Nikkei od majowego szczytu stracił już 19 proc. i jest to największy spadek od 2002 r. W tej sytuacji uzasadnione są oczekiwania na dotarcie w okolice 13 tys. pkt. Obecnie indeks ma 14,2 tys. pkt. Ponad półtoraroczna linia trendu zwyżkowego została pokonana również przez DJ Stoxx 50. Indeks 50 największych firm ze Starego Kontynentu znalazł się na najniższym poziomie od początku listopada 2005 r. Do ukształtowanego w tamtym czasie dołka brakuje jeszcze 2,5 proc. Na tym poziomie kupujący powinni przynajmniej na jakiś czas opanować sytuację. Niekoniecznie jednak musi to oznaczać wyraźną poprawę notowań. Jeśli mamy do czynienia z korektą całego trzyletniego ruchu w górę to docelowy zasięg spadku można wyznaczyć w okolicy 2800 pkt, gdzie znajduje się 38,2-proc. zniesienie hossy. Zniżki o około 4 proc. brakuje do wypełnienia minimalnego zasięgu przeceny wynikającego z wysokości formacji podwójnego szczytu brakuje koreańskiemu Kospi. Zachowanie indeksu tego największego z emerging markets powinno stanowić dobrą wskazówkę dla całej grupy tych rynków.